sobota, 3 października 2015

Na skraju śmierci

Paring: Bilbo/Thorin
Gatunek: Agnst, Dramat (?), romans, fantasy
Ostrzeżenia: ----
Od autorki: Ostatnio zaczęłam znowu oglądać "Hobbit" i wymyśliłam właśnie ten paring. Chyba jest pierwszy w internetach... Ogólnie opowiadanie będzie się różnić od filmu. Mam nadzieję, że się spodoba i zapraszam do czytania.

     W tedy Smaug wzniósł się w powietrze, rozłożył skrzydła na całą objętość i poleciał w stronę Miasta Na Jeziorze.
    Król miasta załadował całe złoto jakie było w skarbcu na małą, drewnianą łódkę. Wraz ze swoim zastępcą i pomagierami starał jak najszybciej wypłynąć z miasta. Niestety łódź była za ciężka, podtapiała się. Król wyrzucił trochę złota do wody, lecz to nie pomagało. Wyrzucił za burtę jednego ze swoich pomocników. Najwyraźniej jego mu szkoda nie było. Złotymi kielichami wylewali wodę z łodzi. Nie udało im się wybrać całej. Łódź już się nie zatapiała, ale płynęła za wolno. Po ich lewej stronie buchnęło gorąco. Smok już zaatakował wyspę. Ognista smuga powędrowała do jednego końca wyspy do drugiego, dzieląc ją na pół.
     Na moście było więzienie, w którym przebywał Bard. Nie chciał zginąć. Musiał żyć dla swojej żony i dzieci. Musiał się jakoś stamtąd wydostać. Wyciągnął nóż z kieszeni i wziął do ręki koce które leżały na desce. Pociął je na grube pasy i związał jeden z drugim. Oba końce przywiązał do stalowych krat. Widział, że nadpływa król. Gdy byli już nad nim wyrzucił "linę" przez kraty. Wylądowała ona na szyi króla. Pociągnęła go do tyłu. Sznur osadził się na szyi. Zaciągnął króla do tyłu, a ten oparł się na mocnej drewnianej beli. Dusił się. Kraty nie wytrzymały. Zostały wyrwane. Bard wspiął się na dach więzienia i biegiem ruszył w stroną składowiska broni. Zabrał wszystko co mu jest potrzebne.

                                                     ***

   -Szkoda tych ludzi. Nie zasłużyli na to. - smutnym głosem powiedział Balin.
-To są ludzie. Nie są nam potrzebni. - Tohorin powiedział poważnym tonem i wycofał się w do Ereboru.
-Thorinie! To przez nas ci ludzie tam cierpią, giną i Bóg wie co jeszcze. Nie żal Ci ich? - Bilbo podszedł do Thorina i objął go ramieniem. Ten szybko strzepnął jego jego rękę. Nie odzywając się. Szedł dalej przed siebie. Nie odwracał się.
-Szukajcie! - Krzyknął gdy usłyszał jak reszta kompani także zmierza w to samo miejsce.
-Czego? - Odparli jednocześnie. Tylko Bilbo stał cicho ze wzrokiem wbitym w podłogę.
-Serca Góry. - powiedział prawie szeptem. - Jest gdzieś w złocie. Musicie je znaleźć! - Nie wiadomo dlaczego Thorinowi tak bardzo zależało na tym szlachetnym kamieniu. On go pragnął. Nie zadowalały go Elfie klejnoty z blasku księżyca, piękne rubiny, diamenty...
-Dobrze wiesz, że szukaliśmy. I to nie raz. Nie ma go tutaj. - Balin zrobił dwa kroki w stronę króla Krasnoludów.
-Musi tu być! - Thorin uparcie trzymał swojego.
   Kili, Fili, Oin, Bifur i Bombur ruszyli w stronę kamiennego muru. W ten zatrzęsła się Ziemia.

                                                   ***

W ten zatrzęsła się ziemia. Smok padł. Trafiła go czarna strzała.
   Bard wziął wszystkie potrzebne rzeczy i udał się na najwyższą, jeszcze stojącą wierzę. Wspiął się na nią i od razu naciągnął łuk i strzałą trafił smoka lecz ona nic nie dała. Jedynie czarna strzała przebije jego skórę. Kiedyś także starał się zabić smoka. Jednak nie udało się to mu. Naruszył jedynie łuskę w okolicach serca.  Nadal próbował trafić strzałą w jakiś czuły punkt smoka. Niespodziewanie została tylko jedna zwykła strzała. 
-Hmm... cóż to za śmiałek? Kim jesteś? - Smaug zauważył Barda. Ten jednak się nie odezwał tylko wziął strzałę do ręki i wycelował nią w smoka, jednak jej nie puścił. Bał się. Kropla potu spłynęła mu po czole mieszając się z brudem. - Nie jest z ciebie śmiałek tylko głupiec! Naprawdę myślisz, że mnie pokonasz?! Jestem nie zniszczalny! Jestem postrachem wszystkich! I ty?! Jeden. Sam. Nikt ci nie pomoże! 
-Nie chcę by ktoś mi pomagał. - Bard spuścił strzałę.Także to nic nie dało. 
Smok roześmiał się i machną ogonem w stronę wspomnianego mężczyzny. Bard osunął się na ostatki drewnianych desek. 
Wziął w rękę czarną strzałę, napiął łuk i... Smok powstał, a Bard uwolnił strzałę, a ta trafiła w czuły punkt Smauga.  Smok miał już wystrzelić ognistą torpedę w stronę łucznika, Smok padł na ziemię. Próbował wznieść się jeszcze w powietrze. Udało mu się to, resztkami sił. Ciężko dyszał. W końcu jego oczy straciły blask. Padł na ziemię. Przygniatając króla i jego złoto. Nie żyje. Smaug odszedł. 
Jednak nieliczni mieszkańcy miasta nadal żyją i nie mają gdzie iść. Dryfują na odłamkach desek. Może woda ich wyrzuci na ląd.
__________________________________________________________
Okay, jest to nowa seria i będzie dodawana w krótkich rozdziałach. Mam nadzieję, że ten paring się Wam podoba. Wszelką krytykę przyjmę w komentarzach. ^^ Przepraszam za błędy jeśli takie się pojawią ^^

środa, 23 września 2015

BaekYeol

No to żeby tu nudno nie było to daję gify xd.
Opowiadania są pisane swoim tempem, ale będą xd.
Czekajcie cierpliwie ;*

~BaekYeol to jedność ♥~

~♥~

~♥~

~♥~

~♥~

~♥~

~♥~

~♥~

~♥~

niedziela, 6 września 2015

"Inny" Plan

Paring: BaekYeol/ChanBaek
Rodzaj: fluff, przygodowy (?)
Ostrzeżenia:lekkie  przekleństwa
Opis: ChanYeol ma bardzo ciekawe pomysły na spędzenie nocy. BaekHyun się do tego dołączy. Co z tego będzie?
Od autorki: Nagle mnie olśniło! Ostatnio zaczęłam czytać "Papierowe Miasta" Jonh'a Green'a. Niektóre sceny są wzięte prosto z tej książki. Zachęcam do czytania i komentowania.




_______________________________________________________
Leżałem na łóżku, oglądając film na laptopie. Nie był on za ciekawy, ale co można innego robić w środku tygodnia, oprócz uczenia się? Słuchawki miałem głęboko wepchnięte w uszy, więc nic, a nic nie słyszałem.  Powoli podniosłem głowę z pod laptopa, gdy poczułem, że ktoś mnie obserwuje. Nikogo nie widziałem w pokoju. Popatrzyłem na okno i, był tam zarys osoby, lecz widziałem tylko zarys bo było ciemno. Odłożyłem komputer na bok, podniosłem się i ruszyłem w stronę okna. Po chwili spostrzegłem, że za oknem, z nosem przyklejonym do mojej szyby był Park ChanYeol. Mój sąsiad z którym chodzę do klasy..., a przy okazji mój bliższy przyjaciel. Otworzyłem okno i buchnęła we mnie fala zimnego powietrza.
Yeol był cały ubrany na czarno i miał buzię także wysmarowaną czymś na czarno.
-Uprawiasz cyberseks? - Nawet w ciemności było widać, że uśmiecha się jak idiota.
-Ymm... Ja tylko..... - Na moich policzkach powoli wychodziły rumieńce. Nie miałem się co przejmować. I tak nic nie było widać.
-Baekki.. jak możesz?! Jak możesz mnie zdradzać z kimś kogo poznałeś 20 minut temu na skype. - Zachichotał.
-Dobra, czego tu szukasz? - Zapytałem uśmiechając się pod nosem.
-Jest mi potrzebny samochód i możliwe, że ty.
-Wchodź, nie będziemy tak gadać. - Otworzyłem szerzej okno i wpuściłem Chan'a do środka. - Co ty znowu kombinujesz?
-Ja? Nic strasznego. Tylko potrzebuje załatwić parę spraw....
-A na co Ci ja?
-Jak już wspomniałem potrzebny mi samochód i kierowca.
-Ale na co ci kierowca jak sam masz prawko? - Zapytałem lekko nie pewny sytuacji.
-Jak by trzeba było uciekać. - Ponownie się uśmiechnął.
-Jakieś przestępstwa? - Uniosłem lewą brew do góry, jednak on tego nie zauważył.
-Od razu przestępstwa.... - Przechylił głowę na prawo. Wyglądał dość uroczo. Nawet z twarzą wymalowaną czymś czarnym. - Po prostu muszę coś załatwić.
-Wspominałeś, że potrzebujesz samochodu. Przecież masz swój.
-Ale pamiętasz jak ostatnio wjechałem w krzaki? - Skinąłem głową. - No to od tamtego razu już nie mam. Tata mi zabrał kluczyki. Auto stoi w garażu. Mama nim jedynie jeździ na zebrania. - Wzruszył ramionami.
-Uznajmy, że ci wierzę, ale najpierw gadaj co chcesz zrobić.
-Nic strasznego. -Uśmiechnął się chytrze i odwrócił głowę w stronę swojego domu.
-CHANYEOL!!! - Tata Yeol'a wychylił głowę przez okno. -GDZIE TY ZAŚ JESTEŚ!
-Tutaj. - Chan wychylił głowę przez okno i pomachał ojcu.
-Co ty tam robisz?!
-Przyszedłem pogadać. - Odpowiedział z anielskim spokojem.
-W środek nocy?! Co ty sobie myślisz?! Do domu! W tej chwili!
-Dobra, dobra. - Odwrócił się na pięcie w moją stronę i kontynuował - Będę za 5 minut. Ty za ten czas się ogarnij.
I wyszedł przez okno.

                                                            ***
-No to co robimy? - Zapytałem nie pewnie.
-Idziemy do twojej zajebistej  bryki. - zachichotał.
-Bardzo śmieszne. - zrobiłem minę obunożnego.
Powoli, bezszelestnie otworzyłem garaż i ujrzeliśmy starego, prawie pozbawionego lakieru vana. cicho otworzyliśmy drzwi od pojazdu i weszliśmy. Nie zamykaliśmy drzwi bo było by za dużo hałasu.  Spuściłem ręczny hamulec i cicho wyjechaliśmy. 2 przecznice później zapaliłem silnik i zamknęliśmy drzwi.
-No to gdzie jedziemy? - Zapytałem po chwili ciszy.
-Najpierw jedziemy do marketu, a następnie do domu Tao.
-Po co do domu Tao?
-Zobaczysz.
-Wiesz, że większość twoich  planów nigdy nie wypala?
-Jestem tego w 100% procentach świadomy. - Uśmiechnął się.
-To dobrze. - ChanYeol zaczął gadać o swoim planie. Jednak nie dało się z tego nic zrozumieć, więc skupiłem się na drodze.
Gdy zobaczyłem market, włączyłem lewy kierunkowskaz i wjechałem na parking.
-Zaraz wracam. - Powiedział Chan i opuścił pojazd.
Wrócił po 15 minutach z blokadą do kierownicy i czekoladą.
-Masz to cukierku czekoladę, za to że jesteś moim kierowcą. -Uśmiechnął się i położył mi słodką przekąskę na kolanach.
-Bardzo śmieszne. - Uśmiechnąłem się krzywo. - Czyli teraz do Tao? - upewniłem się.
-Tak. - potwierdził.

Jechaliśmy dłuższy kawałek drogi. Zaparkowałem dwa domy dalej, aby nikt mnie nie zobaczył. Jednak miałem świetny widok na to, co robi Yeol. Podszedł do samochodu Tao - Białego Peugeota. Chan wsiadł na miejsce kierowcy i założył blokadę. Wysiadł. Zamknął drzwi, a kluczyk schował do kieszeni.
-Zawsze kretyn zostawia otwarte. - powiedział wsiadając do auta.
-Teraz gdzie?
-Do LuHan'a.
-A do niego po co?
-Zobaczysz. - Ponownie się uśmiechnął.
Odpaliłem silnik i ruszyliśmy do miejsca docelowego.
-I teraz skręć w lewo. - tak też uczyniłem. Zgasiłem silnik i czekałem na to co Chan zrobi. - Masz tu kochanie ty moje telefon. - Wziąłem go do ręki. - Znajdź numer do taty LuHan'a. - Znalazłem. - Zadzwoń do niego i powiedz, że jego syn rucha się jak głupi z Oh SeHun'em w altanie, i się rozłącz. - Zacząłem się śmiać.
-A czemu ty nie możesz? - zapytałem próbując zdusić śmiech.
-Bo mój głos rozpozna.
-Dobra. - Wybrałem numer i zadzwoniłem.
~Halo?
-Dobry wieczór.
~Która to godzina? Kto mówi.
-Anonim. Chciałem panu powiedzieć, że pański syn rucha się jak głupi z Oh Sehun'em w altanie.
I się rozłączył.
ChanYeol wysiadł z samochodu z aparatem i podszedł bliżej altany. Wtopił się w tło.
-Ty chuju! Co kurwa posuwasz mojego syna?! Spierdalaj! - Nagle SeHun wybiegł z altany w samych bokserkach, a Yeol zaczął cykać mu zdjęcia.
-Chodź LuHan! Musimy sobie kurwa porozmawiać. - Jego ojciec ciągnął go za nadgarstek. Także był w samych bokserkach. ChanYeolli nie mógł się powstrzymać i też zrobił mu zdjęcie. Gdy nie było już nikogo Chan zakradł się do altany i zabrał rzeczy SeHun'a. Wziął je pod pachę i powoli zbliżał się do vana.
-Po co ci to było? - Zacząłem się śmiać jak głupi.
-Chciałem się zabawić. - Też zaczął się śmiać. - Dobra teraz jedziemy do domu.
-Chciałeś się zabawić o 1.00 w nocy?
-Tak. Dobra jedź już do domu.
Odpaliłem silnik i ruszyliśmy do domu.

                                                            ***
Zaparkowałem w garażu i obaj poszliśmy na górę. Usiadłem na łóżku i przetarłem oczy. ChanYeol usiadł obok mnie. Patrzył się na mnie przez chwilę. Pocałował mnie w policzek, a gdy przekręciłem głowę, wbił się w moje usta. Położyłem się na łóżku, a Chan ułożył się między moimi nogami. Całowaliśmy się namiętnie gdy...
-CHANYEOL!!!!! DO DOMU!!!!!!! W TEJ CHWILI!!!!!!!!! -Tata ChanYeol'a. Oboje się roześmialiśmy.
-Do zobaczenia jutro skarbie ty mój.
-Żegnaj mój książę. - Pomachałem mu, a ten zaczął wychodzić przez okno.
-IDE!!!! -zawołał do taty który siedział przed oknem wypatrując swojego syna.
Jeszcze raz wybuchnąłem śmiechem.










piątek, 21 sierpnia 2015

Nie ukrywaj tego

Paring: JREN
Gatunek: fluff, komedia (?), smut
Ostrzeżenia: Scena erotyczna
Od autorki: Nie wiem skąd wzięłam to opowiadanie, ale… No jest ^^ Przeanalizowałam to i wydaje się nie złe. Jeśli są jakieś błędy to przepraszam. Jest późno, i mam nadzieję, że mi wybaczycie. A tak samo postaram się poprawić częstotliwość pisania ^^ A, teraz zapraszam do czytania i komentowania ^^

__________________________________________________
Pod nową szkołą czekał na mnie dyrektor, który oprowadził mnie po budynku. Był on w kolorach szarych i czarnych, były także szafki na książki.  W końcu zadzwonił dzwonek na przerwę. Uczniowie wyszli z klas i powędrowali do innych sali. Pierwszą osobą jaką poznałem był Minhyun. Był w moim wieku tylko chodził do klasy c.  Po 10 minutach zadzwonił na lekcję. Jak wchodziłem po schodach wpadłem na jakiegoś chłopaka. Zarumieniłem się. Ale dlaczego? Zadawałem sobie masę pytań na które nie umiałem odpowiedzieć. Wreszcie znalazłem sale 32a. Wszedłem i  przywitałem się:
-Dzień Dobry
-O! Na reszcie jesteś! Kochani to jest nasz nowy uczeń-powiedziała wychowawczyni-Może się przedstawisz?-zapytała
-Cześć, jestem Choi Min Ki, ale można mi mówić Ren.
-Usiądź z tyłu z Kim JongHyun’em.
Poszedłem do ławki i rozpakowałem się. Kątem oka przyglądałem się sąsiadowi. To był ten chłopak na, którego wpadłem. Był on dość cichy. Lekcja upłynęła… yyyy nudno.

 Na przerwie podszedłem do Minhyun ’a i zapytałem się czy wie coś o nim. Mało co mi powiedział tylko tyle, że niektórzy się go boją i powtarzał klasę. Nie powiedział dlaczego. Może sam się go boi? Jak dla mnie wyglądał sympatycznie. Może kiedyś się do mnie odezwie? Dlaczego zadaję sobie tyle pytań? Dlaczego nikt mi na nie nie odpowiada? Po siedmiu lekcjach zmęczony pochłanianiem wiedzy dogonił mnie Minhyun.
-Hej
-Cześć
-Idziesz do domu?
-Nie, do TESCO
-Po co?
-Po bułki
-Hmmm nie idź do TESCO tylko idź do piekarni obok. Mają lepsze bułki i taniej.
-Dzięki za radę.      
-Proszę, a JongHyun się do cb odezwał?
-Nie, wydaje mi się, że jest  mało rozmowny.

Po tym jak wyszliśmy z piekarni rozeszliśmy się do domów. Hmm coś mi nie pasowało. Wszedłem do domu, a  mama po uszy w robocie. Sprząta, gotuje… bo goście przychodzą. Już się boję zapytać…  Ale zebrałem i zapytałem:

-Mamo… co się dzieje? Po co to wszystko?
-Bo goście przychodzą
-Jacy goście?
-Nie gadaj tylko powycieraj naczynia!

Tak się skończyła moja rozmowa. Heh przychodzą dopiero za 3 godziny, a ona się tak śpieszy! Po co? Muszę wreszcie skończyć z zadawaniem samemu sobie pytań.  Nareszcie przyszedł tata. To on może mi odpowie?

-Tato kto dzisiaj przyjdzie?
-Koleżanka mamy z pracy przyjdzie ze swoim synem.
-Jak koleżanka to po co mama się tak śpieszy?
-Nie wiem, ale jak się dowiesz to daj mi znać.

                                                       *2,5h później*
Ktoś zapukał do drzwi. Podszedłem i otworzyłem je. Przede mną stała kobieta. Ubrana elegancko. Po jej lewej stronie stał chłopak. Nie był ubrany na galowo, lecz w czarne obcisłe spodnie i za dużą, szarą bluzę.

-Dzień dobry. – Kobieta przywitała się.

Odpowiedziałem jej to samo. Przedstawiła swojego syna i już nie miałem wątpliwości, że to jest JongHyun.
Moja mama strasznie go chciała poznać. Poszedłem do swojego pokoju. Wyciągnąłem książkę „Pamiętnik narkomanów”. Nagle do mojego pokoju weszła bez pukania mama i kazała mi przyjść do salonu. Przyszedłem z tabletem w ręku  i usiadłem na jedynym wolnym fotelu obok JongHyun’a. Włączyłem „Wiedza Bezużyteczna”

-Co czytasz? – Zapytał cicho JR.
-Wiedzę Bezużyteczną
-Ciekawe?
-Tak… no… yyyy… można tak powiedzieć
Przysuną się bliżej mnie i zaglądał mi w ekran tabletu. Przesunąłem go bardziej na środek i czytaliśmy. Nagle cisza nastała i wszyscy zaczęli się na nas patrzeć. Czując wzrok wszystkich na sobie podniosłem głowę. JongHyun chyba miał spóźnioną reakcje bo ponad pięciu sekundach się skapnął, że ktoś na niego patrzy. Była chyba minuta ciszy i znowu zaczęli gadać o jakiś pierdołach. Nagle wybuchnąłem z JongHyun’em śmiechem tak głośno, że znowu cisza nastała.

-Chłopaki… jak macie wybuchać takim śmiechem to może idźcie do pokoju bo my tu o poważnych sprawach rozmawiamy.
-No już dobra, idziemy.

Usiedliśmy obok siebie w jakiejś odległości. W końcu musiałem rozpocząć jakiś temat.
-Długo tu mieszkasz?
-Co?
-Pytam czy długo tu mieszkasz?-Powtórzyłem
-Jakieś 3 lub 4 lata, a co?
-Tak się pytam. Jestem dość ciekawy. Masz jakieś hobby? Zainteresowania?
-Hmmm… lubię śpiewać i tańczyć. Czasami tam spróbuję jakiś nowych rzeczy ale nie często.
-Serio?! Ja też lubię śpiewać i tańczyć! Tylko ja często próbuję nowych rzeczy i na dobre to nie wychodzi.
Nasza rozmowa o różnych pierdołach ciągła się godzinami… końca nie było widać…

Następny dzień. Moje łóżko rano ma  jakąś bardzo mocną siłę przeciągania. Jest najwygodniejsze. Mama weszła do mojego pokoju i od razu zobaczyła, że źle wyglądam. Miałem gorączkę, katar, bolał mnie brzuch i miałem bardzo małe oczy. Zabroniła mi iść do szkoły i powiedziała, że później przyjdzie JongHyun i da mi odpisać zeszyty. Tak ekstra, drugi dzień szkoły, a ja się rozchorowałem. Zobaczyłem na plan lekcji i dzisiaj mają lekcje do 14:35. Gdyby czas mijał szybciej i już on był by tu, obok mnie. Kurwa o czym ja myślę? Czyż bym się zakochał? To niedorzeczne! Po co ja sobie zadaję te zasrane pytania?!  Mój umysł tak jak by się rozpłynął. Myślałem tylko o wczorajszym dniu i oczywiście o JongHyun’ie. Z moich pięknych myśli wytrącił mnie dzwonek telefonu. To był Minhyun

-Halo?
*-Hej. Czemu cię nie ma  w szkole? Nudno tu bez ciebie!
-Jestem chory…-nie dał mi dokończyć
*-Jak to?! Jak to się stało?! Drugi dzień szkoły a ty już chory!
-Nie mam pojęcia! Dasz mi… -heh znowu mi przerwał
*-Ja muszę kończyć. [DZZZZWWWWOOOONNNN!!!]
-Pa

 Heh jeszcze 3 godzimy zanim przyjdzie JongHyun.

-Hej, co ty taki zmęczony?
-Suń dupę. Biegaliśmy 20 minut na orliku, płuca mi wysiadają!
-Haha a mnie to ominęło! Hahaha
-Pani powiedziała, że jak przyjdziesz to masz to zaliczyć.
-Muszę z skądś skombinować zwolnienie. 
-Nie będzie tak prosto. Była jeszcze kartkówka z matmy, historii, biologii i fizyki
-CO?! W jeden dzień tyle kartkówek?! Co to ma być do jasnej cholery?!
-O! Z księżniczki wychodzi diabeł! Hahaha
-Nawet mnie nie wkórwiaj! Jeden dzień mnie w szkole nie było, a tu już tyle kartkówek! Może jeszcze sprawdzian nam zrobią?!
-Nie przeklinaj.
-Pfff mój dom, moja władza, mogę robić co chcę!
-Heh, masz zeszyty

Usiadł blisko mnie i przytulił, myślałem, że to nic nie znaczy ale po chwili mnie pocałował. Myślałem że śnie, uszczypnąłem się lekko, i pisnąłem. To nie był sen, to się działo naprawdę! Jak o tym pomyślałem zarumieniłem się.  Nasze usta się rozłączyły po dość długim pocałunku.  Po chwili usłyszałem
-W rumieńcach ci do twarzy – JongHyun zachichotał .
-Yyyy… to… było…. – przerwał mi
-Boskie?
-Tak- odpowiedziałem bez wahania
- A tak przy okazji, nie takiej dobrej-znowu zachichotał-  nie mów do mnie JongHyun, mów mi JR –szeroko się uśmiechał i posłał mi oczko.
-Dobrze –Także się uśmiechnąłem-Już idziesz?
-Muszę- jego piękny uśmiech zszedł z twarzy, ale po chwili znów się pojawił- Ale nie przejmuj się księżniczko, przyjdę jeszcze dzisiaj po ciebie –zaśmiał się złowieszczo
-Co masz namyśli?
-Idziemy do kina
-Na co?
-Zobaczysz kochany- i na pożegnanie pocałował mnie.

Około 20 przyszedł po mnie i ruszyliśmy do kina. Myślałem że to będzie jakiś film przy którym nie będę się bał zasnąć. Ja bardzo mądra osoba, powiedziałem rodzicom, że wrócę około 2 więc pojechali do wujka.

-Cześć-powiedział z uśmiechem na ustach
-Hej
-To na co idziemy?
-Dowiedz się w kinie.
-Ale dlaczego nie teraz?
-Bo się zniechęcisz!
-Pfff…. Co?! Ja?!
-Tak ty!

Zamknął mi usta pocałunkiem, a to, że było cholernie zimno to jego boski pocałunek rozgrzewał mnie. Cała krótka droga minęła dobrze.

-No jesteśmy już w kinie! Możesz mi powiedzieć na co idziemy?
-Heh, no już ci powiem. Idziemy na…. –utrzymywał mnie w napięciu
-No powiedz wreszcie!
-Na taki fajny horror…
-No ty sobie chyba kpisz?!
-Nie-pokazał mi bilety
-Od razu po filmie…. O kurwa… gdzie ja mam klucze?! Zostały w domu!- *facepalm*
-Oj nie dramatyzuj, pójdziesz do mnie.
-Ok –na mojej twarzy pojawił się uśmiech szeroki od ucha do ucha.

Weszliśmy do Sali kinowej i zajęliśmy swoje miejsca. Rozglądnąłem się i byliśmy tylko my! Zgasły nagle wszystkie światła i odruchowo przytuliłem się do osoby obok. 

Film się skończył. Była godzina 1:00. Było tak cholernie ciemno…
-Daleko jeszcze?
-Nie
Było strasznie zimno. Nareszcie doszliśmy. Wszedłem do środka i buchnęło na mnie fala gorąca.
Godzina 3:00 zaczynało się robić coraz zimniej. Poszedłem do kuchni gdzie znajdował się JR. Podszedłem do niego i przytuliłem od tyłu uśmiechając się.
JR odwrócił się do mnie przodem i zaczął mnie całować jednocześnie rozpinając moją koszule. Ja zacząłem rozpinać jego spodnie. Gdy pozbył się zbędnego materiału z mojego ciała, rzucił ją gdzieś na podłogę. W takim stanie doszliśmy do sypialni gdzie dokończyliśmy rozbieranie. JR rzucił mnie na łóżko paczył się na mnie swoimi czekoladowymi  oczami.  Położył się przy mnie i zaczął całować po szyi zachodząc coraz niżej.  Dotknął mnie od wewnętrznej strony uda. Później jego dłoń z delikatnością unosiła się do góry nie odrywając się od mojego ciała. Gdy doszedł do mojego biodra zahaczył palce o moje bokserki i zaczął je powoli ściągać. Jak już to zrobił trafił na moją męskość  i chwycił ją. Wydobył się ze mnie cichy jęk, chwilę się nią bawił. Gdy mu się to znudziło, to wsadził  członka do ust. Zaczął go lizać po całej długości, lekko bo  przygryzał, aż w końcu posunął się do poruszania głową w górę i w dół. Z moich ust wydobywały się ciche jęki, ale z czasem coraz to głośniejsze. Gdy wyciągnął go z ust, językiem powędrował po całym torsie. Zaczął ją całować.  Z klatki piersiowej JR wrócił do moich ust i przyssał się do nich. Jego język świdrował w mojej jamie ustnej. Poczułem na swoim ciele jego członek. Najwidoczniej był już  gotowy. Oderwał się od moich ust patrząc mi w oczy z zapytaniem czy pozwalam mu na TO. Nie wiedziałem co powiedzieć więc tylko się uśmiechnąłem. Wszedł we mnie powoli. Odchyliłem głowę do tyłu, bolało.
-Jak chcesz mogę przestać. – powiedział to z troską w oczach.
-Nie, chcę ciebie we mnie – gdy to powiedziałem, przygryzłem dolną wargę. JR wszedł we mnie trochę głębiej.  Z moich ust zaczęły wydostawać się jęki rozkoszy oraz przyjemnego bólu.  Moje jęki motywowały  JongHyuna do szybszego i mocniejszego poruszania biodrami.
-Ach… och… JR… mmm… sz-szybciej – wydukałem z siebie
-Wedle życzenia księżniczko – uśmiechnął się złowieszczo i przyśpieszył ruchy. Jego pchnięcia z czasem stawały się szybsze i bardziej brutalne.
Z moich ust jeszcze szybciej i głośniej wydobywały się jęki. Krew się we mnie gotowała, serce biło mi jak nigdy przedtem.  Jeszcze parę pchnięć i oboje doznamy spełnienia.
Opadł na mój tors i zaczął dyszeć mi do ucha.
-Kocham cię. – Powiedział gdy złapał oddech.

-Ja ciebie też. – Złączyliśmy usta w namiętnym pocałunku

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Czas

Paring: Multiparig
Rodzaj: Nie umiem określić xd
Od Autorki: Spokojnie, Jeszcze żyję. Powracam z takim krótkim opowiadaniem. Paring jest dowolny więc... możecie napisać w komentarzach jaki wybraliście. Taki krótki ten shot więc nie wiem czy będzie się Wam podobać, ale raz się żyj . Mam nadzieję, że nie ma dużo błędów. Zapraszam do czytania i do komentowania.




Wszedłem do domu. Zrobiłem to co zwykle. Pozmywałem naczynia, które zostały po śniadaniu. Pozamiatałem i poszedłem się umyć. Zajęło mi to jakieś 45 minut. Oplotłem ręcznik w okół bioder i wyszedłem z zaparowanego pomieszczenia. Skierowałem się w stronę sypialni. Otworzyłem drzwi i od razu coś nie pasowało. Okno było otwarte choć na 100% je zamykałem przed wyjściem do baru. Na biurku leżał mały zeszyt oprawiony w skórę. Usiałem i zacząłem oglądać zeszyt. Przekartkowałem go jednak nic nie było w nim napisane. Zniechęcony odłożyłem go na biurko i spojrzałem na moje zdjęcie i mojego byłego chłopaka. Dalej wspominam jak umarł. Wziąłem ramkę ze zdjęciem do ręki. Pod dotykiem poczułem coś dziwnego. Odwróciłem zdjęcie i zobaczyłem małą karteczkę samoprzylepną w kolorze jasnego różu. Było na niej napisane aby otworzyć zeszyt na 168 stronie. Tak też uczyniłem. Liczyłem strony aż do 168. Jednak nie wiedziałem co dalej. Wziąłem ponownie karteczkę w rękę i przejrzałem się jej. Malutkim druczkiem było napisane "Napisz na tej stronie kocham Cię".
Wziąłem pióro w rękę i napisałem kocham Cię. Napis po chwili zniknął i pojawił się nowy. Już nie pisany przeze mnie. Zeszyt odpowiedział mi Ja Ciebie Też...
W tedy zeszyt jak by ożył. Zaczął lśnić w kolorach tęczy. Zaczął mnie do siebie przyciągać, aż w końcu wylądowałem gdzieś... nawet nie wiem gdzie.
Wszystko było czarno-białe. Był to jakiś bar. Tam byli sami faceci. Po tym wywnioskowałem, że jestem w barze dla gejów. Podszedłem do lady. Usiadłem na jednym z krzeseł. Patrzyłem uważnie co się dzieje. W pewnym momencie podszedł do lady mężczyzna. Wyglądał jak ja tylko o jakieś 7 lat młodszy. W tedy podszedł do mnie barman.
-Co podać? - Przybliżył głowę, aby cokolwiek słyszeć. W tedy w tym momencie, młody ja zarzuciłem mu rękę na szyję i namiętnie pocałowałem.
-Ciebie kochanie. - wymruczałem po między pocałunkami. Barman oderwał się od pełnego namiętności pocałunku i  zapytał kolegę barmana czy go zastąpi. Ten się zgodził. Mężczyźni poszli gdzieś, a ja za nimi. Wylądowali w łazience. Tam zaczęli się namiętnie całować i w międzyczasie rozbierając się. Parę sekund później byli już nadzy. Zapewne młodszy ode mnie człowiek chwycił mojego penisa i zaczął go powoli ugniatać. Jęczałem pod wpływem dotyku. Chłopak oderwał się id moich  ust i zszedł z pocałunkami coraz niżej. Przeszedł na klatkę piersiową. Zaczął przygryzać moje sutki, zataczać wokół nich kółeczka językiem. Jednak wrócił trochę wyżej i na moim obojczyku zostawił dwie krwiste malinki. oderwał się ode mnie i uklęknął. Przejechał językiem po całej długości sterczącej już na baczność męskości (haha nawet się zrymowało xd). Cichy jęk wydobył się z moich ust i odchyliłem głowę do tyłu. Młodszy wziął moje przyrodzenie do ust. Poruszał głową do przodu i do tyłu. Byłem już bliski szczytu uniesienia. Wplotłem ręce w jego krótkie włosy i przycisnąłem go do mojego krocza. Rozpłynąłem się w nim. Chłopak lekko się krztusił jednak nie zwracałem na to większej uwagi. Oderwał głowę od mojego krocza dalej krztusząc się spermą. Jednak po chwili mu przeszło. Odwróciłem go do siebie tyłem i włożyłem w niego 2 palce. Z jego ust wydobył się głośny jęk. Zacząłem symulować to co nadejdzie. W końcu dołożyłem trzeci palec. Zacząłem nimi poruszać. Chłopaka pode mną to bolało gdyż z jego oczu zaczęły się wylewać łzy. Jednak tłumaczył się, że to zaraz przejdzie. Wyciągnąłem z niego palce i zastąpiłem czymś dużo większym. Wszedłem z niego z całą siłą. Od razu zacząłem poruszać się w nim chaotycznie, szybko i boleśnie. Z oczu chłopaka przestały wypływać łzy. Pomieszczenie zapełniały jęki młodszego. Ten pod tym z jaką siłą wchodził w chłopaka, temu uginały się łokcie. Jeszcze trzy szybsze pchnięcia i rozlałem się w nim.

                                                                   ***

Zobaczyłem wszystko rozmazane. Uniosłem się do góry i wylądowałem znów w swoim pokoju. Na skórzanym krześle. Nie wiedziałem co właściwie się stało. Zobaczyłem wszystko co kiedyś się stało. Moje wspomnienia ożyły.
Wstałem z siedzenia, ubrałem buty, zarzuciłem kurtkę na ramię i pobiegłem w miejsce gdzie pierwszy raz się spotkaliśmy - Do małej kawiarenki. Zamówiłem Late i w swoim telefonie przeglądałem nasze wspólne zdjęcia.





wtorek, 30 czerwca 2015

13030




Paring: SeKai
Rodzaj: Angst, Romans, Dramat, lekki smut
Od autorki: Spokojnie, nie umarłam. Opowiadanie pisałam cały dzień. Wybaczcie, że takie smutne, ale taki mam humor. Liczę na komentarze bo dawno ich nie widziałam ;). A do tego mam nadzieję,  że nie ma dużo błędów ortograficznych ;) Jeśli takowe się znajdą  to błagam o wybaczenie. A teraz zachęcam do czytania i komentowania. 
____________________________________________________


Poznaliśmy się 3 lata temu, kiedy on przyjechał do mojego miasta i zamieszkał na przeciwko mnie. Chodził ze mną do tej samej szkoły i do klasy. Na początku trudno było nam się zaprzyjaźnić, ale prędzej czy później sprawdza się jeden tekst - Kto się czubi ten się lubi.
Sehun był bardziej zamkniętą w sobie osobą. Jednak kiedy pierwszy raz się do mnie odezwał byłem w szoku. Powiedział wtedy, ze bardzo mnie lubi i czy robię coś po szkole. Nie miałem żadnych planów, wiec Oh zaproponował wyjście na miasto. Zgodziłem się.
Mieliśmy się spotkać nie daleko ronda, przy basenie.
Czekałem na niego godzinę, lecz ten nadal się nie pojawił. Zrezygnowany, podniosłem się z murka, na którym siedziałem, poprawiłem flanelową koszule, która miałem na sobie i ruszyłem w stronę domu.
Następnego dnia Sehuna nie było w szkole.Marteiłem się o niego. Hun był pilnym uczniem i nigdy się nie spóźniał.
Próbowałem się do niego dodzwonić. Nie odbierał komórki. W końcu odebrała jego mama:
-Halo? - zapytała kobieta
-Dzień dobry, jest Sehun? -zapytałem z troską w głosie.
-Sehun jest w szpitalu. A kto mówi?
-Przepraszam, że się nie przedstawiłem. Nazywam się Kim Jongin. Chodzie z pani synem do klasy. A co się stało że Sehun jest w szpitalu? To coś poważnego? Co się stało? Wczoraj mieliśmy iść na miasto, ale go nie było. - powoli zaczynałem dramatyzować.
-Ach tak. Sehun mówił mi coś o tobie. Wczoraj około 17:30 karetka go zabrała. Leżał nie przytomny niedaleko domu. Podejrzewają, że został pobity. - O tej godzinie mieliśmy się spotkać.
-A w jakim szpitalu leży?, to bym do niego przyjechał.
-________ (tu wystaw nazwę ulicy bo nie znam się na ulicach XD)
-Dziękuję. Zaraz do niego pojadę. Dowiedzenia.
-Dowiedzenia. -Powiedziała kobieta, a ja nacisnąłem czerwoną słuchawkę, która wyświetliła się na ekranie telefonu.
Ubrałem buty, wziąłem skórzaną kurtkę pod ramie i porwałem z komory kluczyki do samochodu.

                                                            ***

Zaparkowałem samochód na parkingu jak najbliżej wejścia.
Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Szybkim krokiem podszedłem do jednej z pielęgniarek, które miały dyżur. Zapytałem o Sehuna. Powiedziała mi, że leży w sali numer 30. Nie czekając na windę pobiegłem po schodach. Przeszedłem cały korytarz szukając sali. Nie znalazłem jej. Poszedłem piętro wyżej. Sala na której leżał nieprzytomny Sehun znajdowała się z prawej strony, tuż obok okna. Zapukałem w białe drzwi i wszedłem do środka. Sehun leżał w białej pościeli. Nieprzytomny. Obok niego była pielęgniarka, która zmieniała mu kroplówkę.
-Dzień dobry. - Powiedziałem zamykając za sobą drzwi. Kobieta odwróciła się t także przywitała.
-Dzień dobry. Kim pan jest? Tu nie wolno wchodzić. - Odwróciła się do mnie przodem i skrzyżowała ręce na klatce piersiowej.
-Jestem jego przyjacielem. Chciałem zobaczyć jak się ma. - czułem się nie komfortowo. Patrzyła on na mnie jak na jakiegoś pedofila.
-Ale nie jest pan z rodziny? Zgadłam?
-No nie jestem. Proszę mi pozwolić tu zostać, przy nim. Proszę... - Zrobiłem psie oczy. Wiedziałem, że może to zadziałać.
-Heh... -westchnęła. - Dobrze. Tylko nie za długo. - wzięła wszystkie swoje rzeczy i wyszła zamykając za sobą drzwi.
Szybko przeniosłem krzesełko z drugiego końca sali obok łóżka Sehuna.
-Sehun... Kto ci to zrobił? - powiedziałem szeptem i splotłem swoją dłoń z dłonią Oh. Martwiłem się o niego jak kogoś straszne mi bliskiego. Nie jak przyjaciela. Kogoś więcej. Kochałem Oh Sehuna. Znaliśmy się dość długo. Rzadko kiedy rozmawialiśmy ze sobą. Nieśmiały chłopak pociągał mnie jak nie jedna laska w naszej szkole. Wiedziałem, że on to ten jedyny, z którym chce być. Chciałem, aby wyszedł z tego. Żeby też mnie pokochał. Żeby było lepiej. Żeby wszyscy nas akceptowali. 

                                                          ***

Podczas gdy rozmyślałem, zasnąłem. Obudziło mnie poruszenie reki Sehuna. Podniosłym się do pozycji siedzącej. Spoglądałem na Sehuna, a on na mnie. Na mojej twarzy zagościł uśmiech.
-Sehun... - Przytuliłem go - Wiesz jak się martwiłem? Tak się cieszę, że się obudziłeś!
-Ale nic mi nie jest. Spokojnie Kai. To tylko parę siniaków.
-Tylko... - nie dokończyłem, bo do sali wszedł lekarz z nie wesołym wyrazem twarzy. - Dzień dobry. - przywitałem się, a lekarz wychylił głowę znad teczki przy której coś czytał.
-Dzień dobry. A kim pan jest?
-Przyjacielem Sehuna.
-Ale nie jest pan z rodziny. Może pan wyjść na chwile?
-Nie. Niech zostanie. -Wtrącił się Sehun.
-Ale... - Lekarz trzymał swojego.
-Nie! Chcę aby Jongin został tu zemną. Co z tego że nie jest z rodziny?, skoro traktujemy go jak rodzinę. Ma zostać i koniec kropka. - Sehun nie dawał za wygraną.
-Dobrze, ale ta wiadomość będzie szokującą dla was obu. Masz raka. -Doktor spojrzał na Sehuna.
-Co proszę?! Ja mam raka? No niemożliwe! Jak się badałem miesiąc temu. -Sehun zakrył twarz w dłoniach, a ja widząc to przytuliłem go.
-Tak. Ma pan raka wątroby. Ta choroba jest jeszcze nie uleczalna... - starszy mężczyzna podrapał się po brodzie.
-To znaczy, że umrę? -Sehunowi powoli łamał się głos. Czułem że za chwilę zacznie płakać.
- Tak nie powiedziałem. Twój stan nie należy do najlepszych, ale nie jest aż tak źle.
-To znaczy? - zapytałem.
-To znaczy, że rak nie jest na tyle groźny na ile potrafi być.
-Ale to nie zmienia faktu, że umrę. - Po jego bladym policzku spłynęła pojedyncza łza.
-Nie chciałem tego mówić, ale tak. Umrzesz. 

                                                              ***

Po wypisaniu Sehuna pojechaliśmy do jego domu. Powiedział mamie o wszystkim. Po jego policzkach ciekły łzy. Sehun mówił mi, że nie boi się śmierci. Ale boi się tego, że wszyscy o nim zapomną. Nikt nie będzie wiedział kto to Oh Sehun. Nikt nie przyjdzie na jego pogrzeb. Nikt nie będzie odwiedzał jego grobu na cmentarzu. Że po śmierci nikt go nie będzie chciał. Po śmierci stanie się jakimś śmieciem.
Mówiłem mu aby tak nie myślał. Zawsze jest przynajmniej jedna osoba która będzie go pamiętać. Będzie do ciebie przychodzić na cmentarz, dawać kwiaty na grób. Że zawsze będzie ktoś przy nim.
Po tym jak wszystkie mu bliskie osoby dowiedziały się o chorobie, Hun popadł w depresję. Oglądał ten sam film. Czytał tę samą książkę. Jadł jak ptaszek i zerwał kontakty ze znajomymi. Ja i jego mama byliśmy się o niego.
W końcu powiedziałem Sehunowi co do niego czuje. Odwzajemnił uczucie. Jednak z jego zachowaniem lepiej nie było . Zacząłem widywać bandaże na jego nadgarstkach. Chciałem mu przemówić do rozsądku, aby przestał się okaleczać. Że to nie boli tylko jego, ale też mnie. On jednak był głuchy na moje słowa. Mówił, że to mu pomaga, i ze i tak musi umrzeć. Dla niego nie było znaczenia czy umrze przez żyletkę, czy przez raka. 

                                                       ***

Pewnego dnia zabrałem Sehuna nad jezioro. Byliśmy tam cały tydzień. Wynająłem niewielki domek.
Rozpakowaliśmy się i poszliśmy do wody. Sehun nałożył na siebie dużą ilość kremu z filtrem, by nie spalić swojej jasnej karnacji która dodawała mu uroku.
Jako pierwszy wszedłem do wody. Nie była ona za ciepła, ani za zimna. Zanurzyłem się cały i przywołałem gestem reki Sehuna. Ten powoli wszedł do wody. Potknął się o korzeń który był osadzony gdzieś przy dnie. Wylądował cały w wodzie. Nie wynurzył się. Przez chwile się śmiałem. Poszedłem bliżej. Nie widziałem Sehuna. Rozglądałem się dookoła. W końcu coś dotknęło mojej nogi. Pisnąłem przerażony. Sehun robił sobie ze mnie żarty.
Tej nocy był nasz pierwszy raz. Ten niezapomniany. Po wyjściu do domku, przybiłem go do ściany i pocałowałem namiętnie. Odwzajemnił pocałunek. Sehun powoli zaczął rozpinać guziki od mojej koszuli. Gdy to zrobił rzucił ją gdzieś w kąt. Ja zabrałem się za ściąganie jego niebieskiej bluzki. Z kawałkiem materiału postąpiłem jak on z moja koszulą. Zostaliśmy wtedy w samych kompierlówkach. Przejechałem ręką po jego wyrzeźbionym torsie. Z rękami zjechałem na uda młodszego. Podniósłem go, a ten owinął nogi wokół mojego pasa. Nie przerywając pocałunków zaprowadziłem nas do łóżka. Położyłem go, a ja pochylałem się nad nim. Oh powoli zaczął rozwiązywać sznureczek trzymajacy spodenki do pływania na biodrach. Nie byłem mu dłużny. Zrobiłem to samo.
Przechodziłem z pocałunkami niżej. To na szczenkę Sehuna, następnie na szyję gdzie zostawiłem po sobie parę malinek. Zjechałem na klatkę piersiową. Zacząłem szukać sutka chłopaka. Gdy go znalazłem zataczałem wokół niego koła językiem. Raz na jakiś czas przygryzałem sutka przy czym Sehun wydobywał z siebie różne dźwięki.
Przeszedłem do jego podbrzusza. Muskałem je delikatnie ustami. Jednak szybko mi się to znudziło i dostałem się do krocza Sehuna. Polizałem całą długość jego członka, a Sehun drgnął przy nagłym dotyku. Wziąłem go całego do jadaczki i poruszałem głową w górę, i w dół. Wywoływało to u młodszego coraz głośniejsze jęki. Sehun zaczął powoli ruszać biodrami. Wiedział, że za chwile dojdzie. Przycisnął rękoma moją głowę do krocza o ciepła sperma wylała się w moje usta. Ksztusilem się, lecz połknąłem całe nasienie. "Odkleiłem" się od jego krocza i pocałowałem mojego UKE.
-Jesteś tego pewny?
-Tak.
-Okay.
Rozchyliłem jego nogi i wszedłem w niego powoli, jednak u Sehuna wywołało to krzyk bólu.
-Sehunie, może lepiej żeby...
-Chicho. Zaraz mi przejdzie.
-Na pewno?
-Na 100%. Nie gadaj tylko działaj.
Jak mówił, rozluźnił się, a ja swobodnie się w nim poruszałem. Spelniałem każde życzenie Sehuna. Bałem się, ze zrobię mu krzywdę. Coś mu się stanie. Ciągle pytalem czy robię  coś nie tak. Jednak ten zaprzeczał. Przyspieszyłem ruch biodrami. Moje pchnięcia stały się wręcz brutalne. Chwile później moja sperma wylała się w Sehunie. Opadłem na jego klatkę piersiową i przez jakiś czas duszałem mu do ucha. Następnie pocałowałem go.
-Kocham cie. I zawsze będę.
-Ja ciebie tez Jonginie. - Sehun podparł się na łokciach i pocałował mnie. 

                                              ***

Reszta tygodnia minęła nam prawie tak samo. Parę razy zrobiliśmy grila lub ognisko. Jednak przed ostatnia noc była także piękna jak pierwsza. Leżeliśmy na piasku i patrzyliśmy w gwiazdy. Wspominaliśmy stare czasy. Jak się poznaliśmy... Jednak nie wszystko szło według planu. Sehun zaczął się krztuś krwią. Szybko zadzwoniłem po karetkę.
Zjawiła się ona po 20 minutach. Zabrali go do szpitala. Pojechałem z nimi. Jednak po mimo szybkiej interwencji lekarzy, Sehun umarł. Przegrał walkę z rakiem. Lekarze mówili mi, że to lepiej dla niego. Nie męczył by się już dłużej. Jednak to nie było takie proste. Życie bez ukochanej osoby to nie życie.
                              
                      ***

Rok po śmierci Sehuna umarłem i ja. Na tę samą chorobę. Przynajmniej mogłem być z Sehunem w innym świcie.

czwartek, 4 czerwca 2015

Klątwa

... Jednak nie były aż takie złe. 
                                              
                                                                        ***

Gdy skończyłem, znów spojrzałem na tygrysa. Tym razem leżał na brzuchu. Łapy miał skrzyżowane pod głową, a oczami śledził każdy mój ruch. Podniosłem się i ruszyłem powolnym krokiem w stronę klatki. Wyciągnąłem rękę przed siebie i przecisnąłem ją między kratami. Dłoń położyłem na łbie tygrysa i podrapałem go za uchem. Jong przymrużył ślepia i zaczął mruczeć. Podobało mu  się to więc kontynuowałem ruch. Gdy ręka zaczęła mnie boleć, wyciągnąłem ją z klatki i kucnąłem czy niej aby moja głowa była na wysokości Jong'a. Patrzyłem na jego włochatą głowę przez dłuższą chwilę. 
-Wiesz, jest już późno. Powinienem się zbierać. Dobranoc. - Uśmiechnąłem się lekko i podniosłem się. Wziąłem wszystkie rzeczy i ruszyłem w stronę pokoju.

                                                                       ***


Tej nocy nikt do mnie nie przyszedł. Czekałem na niego do późnej godziny. Pomagały mi w tym słuchawki. W końcu zrezygnowałem. Sprzęt grający odłożyłem na szafeczkę nocną, ułożyłem poduszki wygodnie, położyłem się. Przymknąłem powieki i usnąłem.

                                                                       ***


Obudziły mnie promienie słońca przedzierające się przez zasłony. Leniwie zrzuciłem z siebie puchatą kołdrę i podniosłem się do pozycji siedzącej. Szybko powtórzyłem codzienną rutynę.
                                                                      
                                                                      ***

Gdy byłem w trakcie drogi do tygrysa to zadzwonił do mnie szef i powiedział, że mam przyjść na główny plac.
Gdy tam doszedłem zobaczyłem wszystkich pracowników. Nie wiedziałem po co tu się wszyscy zebrali, co się dzieje i w ogóle... 
Nareszcie wyszedł nasz szef i powiedział:
-Moi kochani! Panie i panowie! Mam dla was wszystkich wspaniałą nowinę! Nasz kochany tygrys pojedzie do rezerwatu w Indiach.- kontynuował. - Ten wspaniały człowiek - wskazał ręką na swojego towarzysza. - Pan Kushan zabierze naszego tygrysa.
Opadła mi szczęka. Nie wiedziałem co mam robić. Z jednej strony się cieszyłem, bo Jong wreszcie wróci do sowich, a zaś z drugiej strony nienawidziłem wszystkich którzy za tym pomysłem stoją. Odwróciłem się na pięcie i pobiegłem do tygrysa. Wparowałem do stodoły jak wicher i dobiegłem to tygrysa. Chwyciłem za klatkę i wyciągnąłem rękę do zwierzęcia by go pogłaskać. 
Do stodoły wszedł pan Kushan. Nie chciałem teraz nikogo widzieć, ale się nie odezwałem. 
-Ty pewnie jesteś Kibum?- Starszy mężczyzna znalazł się blisko mnie.
-Tak. - oderwałem rękę od tygrysiej sierści i spojrzałem w twarz mężczyźnie.
-Mam do pana interes. Chciał by pan z nami pojechać do Indii? - podniósł lekko brew i spojrzał mi w oczy.
-Tak, z miłą chęcią, ale mój budżet jest ograniczony... - spuściłem wzrok i oglądałem nasze buty. 
-Ależ wszystkie koszty zostaną pokryte przeze mnie. O nic proszę się nie martwić. Samolot jest załatwiony, tylko nie pańska zgoda. To jak?
-Tak, oczywiście, że pojadę, ale nie wiem czy mój szef się zgodzi.
-Zgodził się. Gdy zapytałem, czy mogę zabrać jakąś osobę od razu powiedział i o tobie. - Pan Kushan uśmiechnął się. 
-Tylko musiał bym pojechać do domu i zabrać więcej rzeczy...
-Nie ma problemu, zawiozę pana. - Skinąłem głową i ruszyłem po swoje rzeczy, które miałem ze sobą.

                                                               ***


Zapakowałem wszystko starannie do walizki i bez problemowo ją zapiąłem Moje rzeczy chyba się skurczyły... pomyślałem i wyszedłem z pomieszczenia trzaskając drzwiami. Pobiegłem po schodach. Walizkę trzymałem w ręce, aby się nie otwarła i nie wypadły mi rzeczy gdy będzie się ona obijać o schody. 
Wyszedłem na świeże powietrze i ruszyłem na parking. 
Wzrokiem szukałem pana Kushana. Znalazłem go w beżowym kabriolecie. Nie wierzyłem własnym oczom. Podszedłem bliżej, a pan Kushan wysiadł z samochodu, przejął ode mnie walizkę i wsadził ją do bagażnika. Zająłem miejsce i zapiąłem pas. Czekałem chwilę na pana Kushana. Po tym jak wsiadł za kierownicę, ruszyliśmy.
Na początku pytał mnie o drogę. Kiwał głową na znak, że rozumie. Później zamilkł.

                                                            ***

Wyciągnąłem klucze do mieszkania z kieszeni i otworzyłem drzwi. Nikogo nie było więc zaproponowałem panu Kushanowi by wszedł do środka. 
-Niech się pan rozgości. Napije się pan czegoś? - stanąłem w progu kuchni i spojrzałem na pana Kushana. 
-Nie, dziękuję.- odpowiedział cicho i usiadł na skórzanym fotelu.
Ja wyciągnąłem sobie z lodówki cole wiśniową i upiłem łyka. - Na pewno pan nic nie chce? 
-Na pewno, dziękuję za troskę. - uśmiechnął się i zaczął oglądać gazety które leżały na szklanym stoliku. 
-To ja pójdę się spakować.
-Dobrze.
Wziąłem walizkę pod rękę i ruszyłem po rzeczy.
 
                                                         *** 
Co zabrać? Co zabrać? Nie wiedziałem co mam zapakować. Stawiałem na wygodę, lecz trochę elegancji też nie zaszkodzi. Kurde! Raz się żyje! 
Spakowałem dżinsowe spodenki sięgające do kolana, i jeszcze jedne sięgające do połowy uda i  parę krótkich sportowych spodenek . Jak by się ochłodziło wziąłem także trzy pary pełnej długości dżinsów. 
Jeśli chodzi o bluzki to wziąłem parę flanelowych koszul, T-shirty i topy. 
Pan Kushan kazał mi wziąć jakieś wygodne obuwie, więc wziąłem dwie pary adidasów i dwie pary najzwyklejszych tenisówek Bo szkoda conversów... 
Zbiegłem po schodach do łazienki by wziąć kosmetyki i inne... Wszystko zapakowałem do kosmetyczki. Pobiegłem jeszcze na górę, by się przebrać. Pan Kushan mówił, że podróż będzie długa, więc ubrałem dżinsy i "dziurawymi" kolanami i luźny T-shirt i Air Maxy. 
Sprawdziłem czy na 100% mam wszystko i starannie zapiąłem walizkę. Chwyciłem za metalową rączkę i zbiegłem po schodach. 
-Jestem gotowy! - krzyknąłem i  podszedłem do pana Kushana. Ten wstał i spojrzał na mnie. 
-Na pewno ma pan wszystko?
-Na 100%! - wyszczerzyłem zęby. Oboje ruszyliśmy do samochodu. Walizka znów powędrowała do bagażnika, a ja na miejsce pasażera. 
-No to ruszajmy na lotnisko. - Pan Kushan zapiął pasy i odpalił silnik.  

                                                     *** 

Czekaliśmy chwilę na tygrysa, którego mają przywieść. Zajęło to tylko chwilę nim przyjechało duże Iveco. Podciągnęli pomarańczową plandekę w górę. Wyłoniła się klatka, a w niej tygrys. Do samochodu weszli trzej napakowani jak.... no sam nie wiem do czego ich porównać... wyglądali jak bokserzy ligi ciężkiej. 
Jeden z nich miał w ręce długi, stalowy łańcuch. Za to drugi miał bata. 
Otworzyli klatkę, przypięli łańcuch do kolczastej obroży tygrysa i próbowali go wyciągnąć na zewnątrz. Jong cierpiał. Wszystko było widać w jego błękitnych oczach. Spojrzałem na pana Kushana:
-Mogę? - zapytałem robiąc minę zbitego psa. On się jednak nie odezwał. Jedynie kiwnął głową.
Wyprostowałem się, wypiąłem tyłek do tyłu i ruszyłem przed siebie. 
Włożyłem lewą rękę do kieszeni i wymacałem coś co nie przypominało, ani mojego telefonu, ani nic innego. Wziąłem to w garść i... była to smycz. Ale nie byle jaka smycz. Należała ona do Jongusia. Wszedłem do auta, przepchnąłem się między 'bokserami', odpiąłem łańcuch i przypiąłem smycz. Wyszedłem z tygrysem przy sobie. Ludzie patrzyli na mnie jak na zaklinacza tygrysów. Trzymałem smycz luźno, więc mój towarzysz miał dużo swobody. 
Wprowadziłem go do samolotu. Tam także czekała na niego klatka. Ale o wiele większa. Odpiąłem smycz, a Jong usiadł przed moimi nogami i 'wiercił' mnie wzrokiem.
-Nie mój panie. Pan zostaje tutaj. - Jego włochaty pyszczek posmutniał. - Ale obiecuję, że przyniosę ci coś z kolacji. - Uśmiechnąłem się i pogłaskałem go po głowie. - I  może coś dzisiaj poczytam. Co powiesz na Romeo i Julia
JongHyun sapnął głośno i wszedł do klatki. Ja ją zamknąłem i powiedziałem:
-Uznaję to za TAK. - i opuściłem pomieszczenie.

                                            ***    
 Usiadłem na przeciwko pana Kushana. Kosmyki z jego głowy wystawały poza gazetę. 

środa, 20 maja 2015

We mgle



 Paring : BaekYeol
Gatunek: fluff, lekki smut
Ostrzeżenia: lekka scena erotyczna
Od autorki: No to jest mój pierwszy smut, więc proszę o wyrozumiałość ;) Czytałam go 3 razy więc myślę, że aż takie złe to nie jest. Chodź mój mózg jest przepracowany i zmęczony.... Ale i tak zapraszam do czytania ^^

Miasto obudziło się, bladym świtem. BaekHyun, który spał na przeciwko swojego kochanka nie spał dziś dobrze. Wiercił się i był bardzo nie spokojny. Gdy się jednak obudził wszystkie jego zmartwienia i koszmary gdzieś uleciały, gdy przed oczami zobaczył uśmiechniętą twarz ChanYeol'a.
-Dzień dobry kochanie. - Yeol uśmiechnął się i pocałował Baek'a w czoło - Dobrze spałeś?
-Nie bardzo - Baek przeciągnął się na łóżku. - Miałem koszmary.
-Oj to źle! Potrzeba ci mocnej kawy! - Chan wstał, zarzucił na siebie dużą, flanelową koszulę w kratkę i na boso ruszył do kuchni. Baekki jeszcze przez chwilę wiercił się w łóżku.
Zapach mocnej, ciemnej kawy zwabił go do kuchni. Wstał, ponownie się przeciągał i ubrał dużo za duży czarny podkoszulek ChanYeol'a.
Zszedł po schodach i podreptał do kuchni. Zastał tam Yeol'a opierającego się o blat stołu i pijącego kawę. Baek szukał wzrokiem swojego napoju. Znalazł go obok czajnika. Wziął ją do ręki i upił duży łyk.

                                                                 ***

-ChanYeol... może gdzieś byś my pojechali? - Zaproponował starszy.
-Gdzie chcesz jechać? Przecież za oknem jest zupa mleczna.
-Ale gdzieś dalej....
-Gdzie na przykład?
-No na przykład... - podrapał się ręką po podbródku i zaczął nerwowo tupać nogą. - ... Nad jezioro!
-W taką pogodę?
-A skąd  wiesz, że tak tam będzie? - Baek uniósł brew.
-No... - Yeol podrapał się po karku - ... No nie wiem.
-No i ok! Jedziemy nad jezioro! - Ucieszony Hyun podskoczył lekko i pobiegł spakować rzeczy.

                                                                ***

-To już na pewno wszystko? - Chan spojrzał na swojego chłopaka.
-Tak! teraz już na sto procent! - Krzyknął uradowany Baek i usiadł na miejscu pasażera.
-No to ruszamy! - Yeol usiadł za kierownicą, zapiął pas, odpalił silnik i ruszyli.
Baekki wyciągnął z kieszeni pendrive piosenkami i podłączył go do radia. Przez całą drogę słuchali muzyki pop' owej  lub rapu. Chan nie lubił rapu, ale dla ukochanego mógł przetrwać wszystko. Nawet jeśli jakiś psychopatyczny człowiek wysmarowałby go dżemem i wsadził do piekarnika, temperatura by mu nie przeszkadzała jeśli myślał by o Hyun'ie.
-Słoneczko ty moje. Zdradzisz mi nad jakie jezioro jedziemy? - Yeol starał się przerwać tą ciszę panującą między nimi. No nie licząc radia. Ono grało non stop.
-Nie powiem - Baek wyszczerzył zęby. - Jedź z GPS' em. Ono prawdę ci powie. Tak jak ci wróżbici i numerolodzy w telewizji. - obaj zachichotali.
-A co jak nas wywiezie w szczere pole tak jak ostatnio?
-No... to w tedy ci powiem. - Yeol uśmiechnął się i kierował się GPS' em.

                                                               ***

- Baekki... wstawaj śpiochu... chyba jesteśmy na miejscu... - Chan lekko nim potrząsnął aby ten się obudził. - Z tego co widziałem jest tu dobra ciastkarnia... pójdziemy na ciacho... - Baek lekko otworzył oczy, wyprostował się wy przeciągnął.
-Ha! A nie mówiłem, że GPS prawdę ci powie! Jesteśmy! - Hyun klasnął w ręce.
-Tak, mówiłeś - Yeol uśmiechnął się i wysiadł z samochodu, a starszy ruszył za nim. - Ale też mówiłem, że będzie mgła! Ha! I teraz ci łyso cwaniaku!  - Baek przygryzł dolną wargę i podrapał się nerwowo po karku.
-No... mówiłeś. Ale co? Z cukru nie jesteśmy! Jak zacznie padać schowamy się pod namiot!
-Jaki namiot? - ChanYeol zatrzymał się i spojrzał pytająco na kochanka.
-No ten co pakowałeś.
-Ja nie pakowałem żadnego namiotu. - młodszy wbił wzrok w ziemię.
-Jak nie pakowałeś?!
-No bo nie dałeś mi żadnego namiotu.
-Jezu gdzie my się schowamy jak będzie padać? - Baek przyjął postawę myśliciela. W tym momencie zaczęło kropić. - O wilku mowa...Yeolli... możesz schować bagaże do bagażnika? Ja poszukam jakiegoś miejsca.
-A nie możemy tego przesiedziać w aucie? - zaproponował.
-Ty myślisz, że to tak szybko przejdzie?
-No... trochę... - Chan zaczął bawić się palcami.
-To źle myślałeś. - Odpowiedział mu i ruszył przed siebie.
-Ale Baek! Jak się zgubisz?
-Nie zgubię! Mam telefon. - odwrócił się i uśmiechnął do chłopaka.

                                                                  ***

Gdy zaczęło mocniej padać, Baek nareszcie wrócił. Zapukał w szybę od samochodu. Yeol ocknął się i wysiadł z pojazdu.
-Co? - zapytał i przeczesał włosy palcami.
-Znalazłem wodospad! Chodź! - wziął młodszego z rękę i zaczął go ciągnąć za sobą.
-Ale gdzie on jest?
-Nie daleko. Nie gadaj tylko chodź! - Hyun przyśpieszył tempa.

                                                                 ***

-Wow... ale tu pięknie... - Yeol wszedł powoli do jaskini. Wszędzie były malutkie różnokolorowe kamyki. Ale nie tylko takie bezwartościowe, które są wszędzie. Były tam także szmaragdy, maleńkie opiłki złota i wiele innych.
W rogu jaskini ChanYeol zobaczył koc i poduszki. Spojrzał na Baek'a pytającym wzrokiem.
-Ty to zaplanowałeś? - Yeol podszedł bliżej niego i chwycił go w talii.
-Ja? Nie... Pfff... skąd że znowu... - Chan zamknął mu jadaczkę w namiętnym pocałunku. Jednak ten pocałunek nie był taki jak wszystkie inne. ChanYeol zawsze zaczynał od śmiałych pocałunków. Jednak tym razem zaczął powoli, od niewinnych całusów, do namiętnego, pełnego uczuć.
BaekHyun zaczął gładzić plecy młodszego swoimi perfekcyjnymi dłońmi. Yeol nie był mu dłużny. Pojechał z rękami na uda starszego i podniusł go do góry, aby ten  mógł opleść go nogami w okół bioder.
Przenieśli się na koc. ChanYeol kucnął i położył kochanka na plecach, nadal go całując.
Baek zaczął ściągać młodszemu koszulę. Gdy to uczynił, rzucił ją gdzieś za siebie. Yeol zrobił to samo.
BaekHyun przejechał ręką po solidnie wyrzeźbionym  torsie chłopaka. W końcu zjechał ręką do podbrzusza Yeol'a, później do paska od jego spodni, który nie stanowił dla niego większego problemu. Ściągnął z niego spodnie, niby przypadkiem ocierając dłonią o jego krocze. ChanYeol podniósł się, zdjął buty i skarpetki, Baek'owi też. Ściągnął mu spodnie razem z bokserkami. Baek Był już rozpalony, nie chciał żadnych symulacji, tylko chciał poczuć jego w sobie. Ściągnął z Yeol'a bokserki i rzucił je gdzieś w kąt.
-Ej! Ja później chcę się ubrać w te ciuchu. Nie rzucaj ich byle gdzie bo ich później nie znajdę. - Yeol uśmiechnął się ocierając nabrzmiałym członkiem o wejście starszego.
Baek sykął - Jak dla mnie możesz cały czas chodzić tak jak teraz jesteś ubrany. - Oboje się uśmiechnęli.
ChanYeol wolnym ruchem wszedł w młodszego. Ten odchylił głowę do tyłu i jęknął cicho.
-Boli? - ChanYeol z natury był nadopiekuńczy. Zawsze się pytał czy czegoś nie robi źle, chociaż i tak znał odpowiedź:
-Nie, jest ok.
Yeol zaczął obdarowywać starszego pocałunkami na całym ciele, a przy tym przyśpieszając ruchy bioder. Hyun zaczął coraz głośniej jęczeć, aż jęki zamieniły się w krzyki.
-Yeol.... kurwa.... jeśli przestaniesz.... teraz to cię zabiję... - wymamrotał między pocałunkami.
-Też cię kocham... 
Baek doszedł, a Yeol tuż za nim. Tak było zawsze.
Spocony ChanYeol opadł na tors starszego i zaczął dyszeć mu do ucha.
-Jesteś cudowny. - wymamrotał po cichu Baek.
-Ty też. - uśmiechnął się i pocałował kochanka.

___________________________________________________
Nareszcie skończyłam! Jestem z siebie dumna ^^. Tak jak wspomniałam proszę o wyrozumiałość. Choć przyjmę te lepsze i gorsze komentarze. Jeśli one się w ogóle zjawią.
Zapraszam do komentowania ^^

piątek, 17 kwietnia 2015

Klątwa

... I czekałem na ruch tygrysa. On tylko przewrócił się na brzuch i ziewnął ukazując swoje śnieżno-białe zęby po czym wstał i przeciągnął się. Podszedł powolnym krokiem do mięsa i zaczął je wąchać. Rozbawiło mnie to. Gdy się zaśmiałem Jong nawet nie zwrócił na mnie uwagi. Przyjrzałem się jego błękitnym oczom. Były takie hipnotyzujące. Można było się w nie patrzeć godzinami. Odciągnął mnie od nich głos mężczyzny.
-Dzień dobry - Nie znałem tego głosu. Odwróciłem się. Był to dość wysoki hindus w średnim wieku. Miał on lekko ciemną karnację, i burzę kruczo-czarnych włosów na głowie. Był ubrany w białe spodnie 3/4 i jasno-błękitną koszulę.  Na jego szyi był zawieszony mały kamyczek o morskim kolorze. 
-Dzień dobry, w czym mogę pomóc?
-W sumie to w niczym, chciałem  tylko zobaczyć to piękne zwierze.
-To... ja nie będę panu przeszkadzał w podziwianiu. - Ukłoniłem się i wyszedłem. Zadawałem sobie masą pytań. Dlaczego jakiś facet zaczął się interesować Jong'iem?

                                                                  ***

Wszedłem do stodoły by zobaczyć jak się ma mój przyjaciel. Koło niego stał jakiś mały człowiek. Miał on blond włosy, jak kłosy zbóż, ładnie zarysowaną szczękę i piwne oczy. Miał na sobie czarne adidasy, jeansy, dość luźne w łydkach i czarno-szarą koszulę w kratkę. Chciałem się odwrócić na pięcie i wyjść ale...
-O! Ty pewnie jesteś Kibum? Miło mi. Jestem Fei.
-Dzień dobry. Także mi miło. Mogę wiedzieć kim pan jest?
-Oczywiście. Zajmuję się tresurą tygrysów i ogólnie dzikich kotów. Twój szef zatrudnił mnie, abym zaczął trenować zwierzęta.
-Ciekawie. Może panu w czymś pomóc?
-Nie mów mi na "pan", nie czuję się jeszcze aż taki stary - Fei zachichotał ze swojego żartu. - I, tak możesz mi pomóc. Wiesz gdzie tygrys ma obrożę lub jakiś łańcuch?
-Tak, mam przynieść?
-Jak byś mógł. - starszy  cały czas się uśmiechał, ukazując swe białe uzębienie.
-Dobrze - odwróciłem się i poszedłem po obrożę. Gdy ją przyniosłem, dałem ją starszemu do ręki, a ten odpiął ją, otworzył klatkę i powoli wszedł do środka. Jong wstał i cofnął się dwa kroki do tyłu. Zawarczał na trenera. Ten automatycznie się cofnął.
-Chyba za mną nie przepada. - przykucnął i oparł ręce na kolanach. - Chciałbyś spróbować? Jeśli ci się nie uda to po prostu wyjdź. OK?
-OK - Zaczekałem aż Fei wyjdzie z klatki, a ja do niej wszedłem. Przykucnąłem i podszedłem bliżej tygrysa. Na mnie tak nie zareagował. Najpierw go pogłaskałem po włochatym łbie. Następnie przybliżyłem się jeszcze bardziej i ubrałem mu obrożę. Łańcuch, który był przypięty do obroży chwyciłem do ręki i wyszedłem z klatki. Jong wyskoczył tuż za mną.
-Nie wiarygodne. - Fei otworzył szerzej oczy ze zdumienia. - Gdzie się tego nauczyłeś?
-Nigdzie. Szczerze, nawet nie wiem jak to zrobiłem. - Tygrys stanął obok mnie. Ręką głaskałem jego kark. Mruczał, więc stwierdziłem, że mu się to podoba.
-Chcesz może obejrzeć trening? Jeśli chcesz będziesz mi mógł pomagać.
-Z miłą chęcią. A i mam do  ciebie pytanie...
-Kto pyta nie błądzi - uśmiechnął się chytrze. I ruszył w stronę dużej hali.
-Czy na czas treningów tygrys jest twój?
-Tylko na czas treningów. A dlaczego pytasz?
-Tak po prostu. A mógłbym czasami przychodzić tam do stodoły i siedzieć przy nim?
-Tak, nie widzę większego problemu. - Kiwnąłem głową na znak, że zrozumiałem.
        Gdy doszliśmy do hali, Fei zapalił światło i rozstawił parę ćwiczeń dla Jong’a. Przysiadłem na ziemi, a tygrys był już w posiadaniu trenera. Najpierw z nim trochę pobiegał, aby się rozruszał i rozprostował kości. Później przeszli na wskakiwanie i zeskakiwanie ze skrzyni. Myślałem, że trenerzy robią jakieś sztuczki, takie jak widziałem w filmach animowanych, że dzikie koty skaczą przez palącą się obręcz. Jednak to by było niebezpieczne. Po ćwiczeniach "rozciągających" podszedł bliżej tygrysa i pogłaskał go. Fei odszedł do małego kantorka i wyciągnął z niego obręcz. Zawołał mnie gestem ręki, a ja wstałem i podszedłem do niego. Dał mi do ręki obręcz i kazał ją trzymać w miarę równo. Odpiął od Jong’a łańcuch i pokazał ręką na obręcz. Gdy to nic nie dało pogonił go lekko batem, lecz nie śmiał go nawet uderzyć. Gdy to zadziałało, JongHyun zaczął galopować na obręcz i skoczył w nią. Przeleciał przez sam środek. Po postawieniu wszystkich łap na ziemi, podszedł do mnie i zaczął się łasić do mojej nogi, którą oblało ciepło. 
-No, to koniec na dziś. Kibum, mógłbyś odprowadzić tygrysa do klatki? Byłbym bardzo wdzięczny. - zrobił minę zbitego psa.
-Dobrze. - Lekko się uśmiechnąłem i wziąłem łańcuch i przypiąłem go do obroży Jong’a. Poluzowałem mu trochę obrożę i ruszyłem  z nim w stronę stodoły.

                                                               ***

Odwiesiłem obrożę na swoje miejsce i wyszedłem ze stodoły. Ruszyłem szybkim krokiem do swojego pokoju i zabrałem z niego ciepły, polarowy koc w kratkę, pamiętnik , ołówek i gumkę do gumowania. Wyszedłem i zamknąłem drzwi na klucz. Kawałek metalu schowałem do kieszeni i ruszyłem w stronę stodoły. Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Poszedłem w stronę klatki i usiadłem na kostce siana.

-Dobry wieczór. Nie masz nic przeciwko jak sobie tu posiedzę? - Spojrzałem na Jong’a. Ten jedynie wypuścił powietrze i otworzył oczy. Patrzył się na mnie swoimi pięknymi oczyma. Otworzyłem swój pamiętnik na wolnej stronie i zacząłem rysować tygrysa. Z internetu dowiedziałem się, że pasy na ciele tygrysa są jak odciski palców u człowieka. Nie ma dwóch takich samych, więc zwróciłem największą uwagę na dokładne narysowanie pręg na ciele. Niestety, nigdy nie wyjdą mi one równe. Jednak nie były aż takie złe.

                                                                                                                             Następny Rozdział
_________________________________________________________________
Mam nadzieję , że to nie jest aż takie złe ;) Mogę liczyć na komentarze?