wtorek, 30 czerwca 2015

13030




Paring: SeKai
Rodzaj: Angst, Romans, Dramat, lekki smut
Od autorki: Spokojnie, nie umarłam. Opowiadanie pisałam cały dzień. Wybaczcie, że takie smutne, ale taki mam humor. Liczę na komentarze bo dawno ich nie widziałam ;). A do tego mam nadzieję,  że nie ma dużo błędów ortograficznych ;) Jeśli takowe się znajdą  to błagam o wybaczenie. A teraz zachęcam do czytania i komentowania. 
____________________________________________________


Poznaliśmy się 3 lata temu, kiedy on przyjechał do mojego miasta i zamieszkał na przeciwko mnie. Chodził ze mną do tej samej szkoły i do klasy. Na początku trudno było nam się zaprzyjaźnić, ale prędzej czy później sprawdza się jeden tekst - Kto się czubi ten się lubi.
Sehun był bardziej zamkniętą w sobie osobą. Jednak kiedy pierwszy raz się do mnie odezwał byłem w szoku. Powiedział wtedy, ze bardzo mnie lubi i czy robię coś po szkole. Nie miałem żadnych planów, wiec Oh zaproponował wyjście na miasto. Zgodziłem się.
Mieliśmy się spotkać nie daleko ronda, przy basenie.
Czekałem na niego godzinę, lecz ten nadal się nie pojawił. Zrezygnowany, podniosłem się z murka, na którym siedziałem, poprawiłem flanelową koszule, która miałem na sobie i ruszyłem w stronę domu.
Następnego dnia Sehuna nie było w szkole.Marteiłem się o niego. Hun był pilnym uczniem i nigdy się nie spóźniał.
Próbowałem się do niego dodzwonić. Nie odbierał komórki. W końcu odebrała jego mama:
-Halo? - zapytała kobieta
-Dzień dobry, jest Sehun? -zapytałem z troską w głosie.
-Sehun jest w szpitalu. A kto mówi?
-Przepraszam, że się nie przedstawiłem. Nazywam się Kim Jongin. Chodzie z pani synem do klasy. A co się stało że Sehun jest w szpitalu? To coś poważnego? Co się stało? Wczoraj mieliśmy iść na miasto, ale go nie było. - powoli zaczynałem dramatyzować.
-Ach tak. Sehun mówił mi coś o tobie. Wczoraj około 17:30 karetka go zabrała. Leżał nie przytomny niedaleko domu. Podejrzewają, że został pobity. - O tej godzinie mieliśmy się spotkać.
-A w jakim szpitalu leży?, to bym do niego przyjechał.
-________ (tu wystaw nazwę ulicy bo nie znam się na ulicach XD)
-Dziękuję. Zaraz do niego pojadę. Dowiedzenia.
-Dowiedzenia. -Powiedziała kobieta, a ja nacisnąłem czerwoną słuchawkę, która wyświetliła się na ekranie telefonu.
Ubrałem buty, wziąłem skórzaną kurtkę pod ramie i porwałem z komory kluczyki do samochodu.

                                                            ***

Zaparkowałem samochód na parkingu jak najbliżej wejścia.
Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Szybkim krokiem podszedłem do jednej z pielęgniarek, które miały dyżur. Zapytałem o Sehuna. Powiedziała mi, że leży w sali numer 30. Nie czekając na windę pobiegłem po schodach. Przeszedłem cały korytarz szukając sali. Nie znalazłem jej. Poszedłem piętro wyżej. Sala na której leżał nieprzytomny Sehun znajdowała się z prawej strony, tuż obok okna. Zapukałem w białe drzwi i wszedłem do środka. Sehun leżał w białej pościeli. Nieprzytomny. Obok niego była pielęgniarka, która zmieniała mu kroplówkę.
-Dzień dobry. - Powiedziałem zamykając za sobą drzwi. Kobieta odwróciła się t także przywitała.
-Dzień dobry. Kim pan jest? Tu nie wolno wchodzić. - Odwróciła się do mnie przodem i skrzyżowała ręce na klatce piersiowej.
-Jestem jego przyjacielem. Chciałem zobaczyć jak się ma. - czułem się nie komfortowo. Patrzyła on na mnie jak na jakiegoś pedofila.
-Ale nie jest pan z rodziny? Zgadłam?
-No nie jestem. Proszę mi pozwolić tu zostać, przy nim. Proszę... - Zrobiłem psie oczy. Wiedziałem, że może to zadziałać.
-Heh... -westchnęła. - Dobrze. Tylko nie za długo. - wzięła wszystkie swoje rzeczy i wyszła zamykając za sobą drzwi.
Szybko przeniosłem krzesełko z drugiego końca sali obok łóżka Sehuna.
-Sehun... Kto ci to zrobił? - powiedziałem szeptem i splotłem swoją dłoń z dłonią Oh. Martwiłem się o niego jak kogoś straszne mi bliskiego. Nie jak przyjaciela. Kogoś więcej. Kochałem Oh Sehuna. Znaliśmy się dość długo. Rzadko kiedy rozmawialiśmy ze sobą. Nieśmiały chłopak pociągał mnie jak nie jedna laska w naszej szkole. Wiedziałem, że on to ten jedyny, z którym chce być. Chciałem, aby wyszedł z tego. Żeby też mnie pokochał. Żeby było lepiej. Żeby wszyscy nas akceptowali. 

                                                          ***

Podczas gdy rozmyślałem, zasnąłem. Obudziło mnie poruszenie reki Sehuna. Podniosłym się do pozycji siedzącej. Spoglądałem na Sehuna, a on na mnie. Na mojej twarzy zagościł uśmiech.
-Sehun... - Przytuliłem go - Wiesz jak się martwiłem? Tak się cieszę, że się obudziłeś!
-Ale nic mi nie jest. Spokojnie Kai. To tylko parę siniaków.
-Tylko... - nie dokończyłem, bo do sali wszedł lekarz z nie wesołym wyrazem twarzy. - Dzień dobry. - przywitałem się, a lekarz wychylił głowę znad teczki przy której coś czytał.
-Dzień dobry. A kim pan jest?
-Przyjacielem Sehuna.
-Ale nie jest pan z rodziny. Może pan wyjść na chwile?
-Nie. Niech zostanie. -Wtrącił się Sehun.
-Ale... - Lekarz trzymał swojego.
-Nie! Chcę aby Jongin został tu zemną. Co z tego że nie jest z rodziny?, skoro traktujemy go jak rodzinę. Ma zostać i koniec kropka. - Sehun nie dawał za wygraną.
-Dobrze, ale ta wiadomość będzie szokującą dla was obu. Masz raka. -Doktor spojrzał na Sehuna.
-Co proszę?! Ja mam raka? No niemożliwe! Jak się badałem miesiąc temu. -Sehun zakrył twarz w dłoniach, a ja widząc to przytuliłem go.
-Tak. Ma pan raka wątroby. Ta choroba jest jeszcze nie uleczalna... - starszy mężczyzna podrapał się po brodzie.
-To znaczy, że umrę? -Sehunowi powoli łamał się głos. Czułem że za chwilę zacznie płakać.
- Tak nie powiedziałem. Twój stan nie należy do najlepszych, ale nie jest aż tak źle.
-To znaczy? - zapytałem.
-To znaczy, że rak nie jest na tyle groźny na ile potrafi być.
-Ale to nie zmienia faktu, że umrę. - Po jego bladym policzku spłynęła pojedyncza łza.
-Nie chciałem tego mówić, ale tak. Umrzesz. 

                                                              ***

Po wypisaniu Sehuna pojechaliśmy do jego domu. Powiedział mamie o wszystkim. Po jego policzkach ciekły łzy. Sehun mówił mi, że nie boi się śmierci. Ale boi się tego, że wszyscy o nim zapomną. Nikt nie będzie wiedział kto to Oh Sehun. Nikt nie przyjdzie na jego pogrzeb. Nikt nie będzie odwiedzał jego grobu na cmentarzu. Że po śmierci nikt go nie będzie chciał. Po śmierci stanie się jakimś śmieciem.
Mówiłem mu aby tak nie myślał. Zawsze jest przynajmniej jedna osoba która będzie go pamiętać. Będzie do ciebie przychodzić na cmentarz, dawać kwiaty na grób. Że zawsze będzie ktoś przy nim.
Po tym jak wszystkie mu bliskie osoby dowiedziały się o chorobie, Hun popadł w depresję. Oglądał ten sam film. Czytał tę samą książkę. Jadł jak ptaszek i zerwał kontakty ze znajomymi. Ja i jego mama byliśmy się o niego.
W końcu powiedziałem Sehunowi co do niego czuje. Odwzajemnił uczucie. Jednak z jego zachowaniem lepiej nie było . Zacząłem widywać bandaże na jego nadgarstkach. Chciałem mu przemówić do rozsądku, aby przestał się okaleczać. Że to nie boli tylko jego, ale też mnie. On jednak był głuchy na moje słowa. Mówił, że to mu pomaga, i ze i tak musi umrzeć. Dla niego nie było znaczenia czy umrze przez żyletkę, czy przez raka. 

                                                       ***

Pewnego dnia zabrałem Sehuna nad jezioro. Byliśmy tam cały tydzień. Wynająłem niewielki domek.
Rozpakowaliśmy się i poszliśmy do wody. Sehun nałożył na siebie dużą ilość kremu z filtrem, by nie spalić swojej jasnej karnacji która dodawała mu uroku.
Jako pierwszy wszedłem do wody. Nie była ona za ciepła, ani za zimna. Zanurzyłem się cały i przywołałem gestem reki Sehuna. Ten powoli wszedł do wody. Potknął się o korzeń który był osadzony gdzieś przy dnie. Wylądował cały w wodzie. Nie wynurzył się. Przez chwile się śmiałem. Poszedłem bliżej. Nie widziałem Sehuna. Rozglądałem się dookoła. W końcu coś dotknęło mojej nogi. Pisnąłem przerażony. Sehun robił sobie ze mnie żarty.
Tej nocy był nasz pierwszy raz. Ten niezapomniany. Po wyjściu do domku, przybiłem go do ściany i pocałowałem namiętnie. Odwzajemnił pocałunek. Sehun powoli zaczął rozpinać guziki od mojej koszuli. Gdy to zrobił rzucił ją gdzieś w kąt. Ja zabrałem się za ściąganie jego niebieskiej bluzki. Z kawałkiem materiału postąpiłem jak on z moja koszulą. Zostaliśmy wtedy w samych kompierlówkach. Przejechałem ręką po jego wyrzeźbionym torsie. Z rękami zjechałem na uda młodszego. Podniósłem go, a ten owinął nogi wokół mojego pasa. Nie przerywając pocałunków zaprowadziłem nas do łóżka. Położyłem go, a ja pochylałem się nad nim. Oh powoli zaczął rozwiązywać sznureczek trzymajacy spodenki do pływania na biodrach. Nie byłem mu dłużny. Zrobiłem to samo.
Przechodziłem z pocałunkami niżej. To na szczenkę Sehuna, następnie na szyję gdzie zostawiłem po sobie parę malinek. Zjechałem na klatkę piersiową. Zacząłem szukać sutka chłopaka. Gdy go znalazłem zataczałem wokół niego koła językiem. Raz na jakiś czas przygryzałem sutka przy czym Sehun wydobywał z siebie różne dźwięki.
Przeszedłem do jego podbrzusza. Muskałem je delikatnie ustami. Jednak szybko mi się to znudziło i dostałem się do krocza Sehuna. Polizałem całą długość jego członka, a Sehun drgnął przy nagłym dotyku. Wziąłem go całego do jadaczki i poruszałem głową w górę, i w dół. Wywoływało to u młodszego coraz głośniejsze jęki. Sehun zaczął powoli ruszać biodrami. Wiedział, że za chwile dojdzie. Przycisnął rękoma moją głowę do krocza o ciepła sperma wylała się w moje usta. Ksztusilem się, lecz połknąłem całe nasienie. "Odkleiłem" się od jego krocza i pocałowałem mojego UKE.
-Jesteś tego pewny?
-Tak.
-Okay.
Rozchyliłem jego nogi i wszedłem w niego powoli, jednak u Sehuna wywołało to krzyk bólu.
-Sehunie, może lepiej żeby...
-Chicho. Zaraz mi przejdzie.
-Na pewno?
-Na 100%. Nie gadaj tylko działaj.
Jak mówił, rozluźnił się, a ja swobodnie się w nim poruszałem. Spelniałem każde życzenie Sehuna. Bałem się, ze zrobię mu krzywdę. Coś mu się stanie. Ciągle pytalem czy robię  coś nie tak. Jednak ten zaprzeczał. Przyspieszyłem ruch biodrami. Moje pchnięcia stały się wręcz brutalne. Chwile później moja sperma wylała się w Sehunie. Opadłem na jego klatkę piersiową i przez jakiś czas duszałem mu do ucha. Następnie pocałowałem go.
-Kocham cie. I zawsze będę.
-Ja ciebie tez Jonginie. - Sehun podparł się na łokciach i pocałował mnie. 

                                              ***

Reszta tygodnia minęła nam prawie tak samo. Parę razy zrobiliśmy grila lub ognisko. Jednak przed ostatnia noc była także piękna jak pierwsza. Leżeliśmy na piasku i patrzyliśmy w gwiazdy. Wspominaliśmy stare czasy. Jak się poznaliśmy... Jednak nie wszystko szło według planu. Sehun zaczął się krztuś krwią. Szybko zadzwoniłem po karetkę.
Zjawiła się ona po 20 minutach. Zabrali go do szpitala. Pojechałem z nimi. Jednak po mimo szybkiej interwencji lekarzy, Sehun umarł. Przegrał walkę z rakiem. Lekarze mówili mi, że to lepiej dla niego. Nie męczył by się już dłużej. Jednak to nie było takie proste. Życie bez ukochanej osoby to nie życie.
                              
                      ***

Rok po śmierci Sehuna umarłem i ja. Na tę samą chorobę. Przynajmniej mogłem być z Sehunem w innym świcie.

czwartek, 4 czerwca 2015

Klątwa

... Jednak nie były aż takie złe. 
                                              
                                                                        ***

Gdy skończyłem, znów spojrzałem na tygrysa. Tym razem leżał na brzuchu. Łapy miał skrzyżowane pod głową, a oczami śledził każdy mój ruch. Podniosłem się i ruszyłem powolnym krokiem w stronę klatki. Wyciągnąłem rękę przed siebie i przecisnąłem ją między kratami. Dłoń położyłem na łbie tygrysa i podrapałem go za uchem. Jong przymrużył ślepia i zaczął mruczeć. Podobało mu  się to więc kontynuowałem ruch. Gdy ręka zaczęła mnie boleć, wyciągnąłem ją z klatki i kucnąłem czy niej aby moja głowa była na wysokości Jong'a. Patrzyłem na jego włochatą głowę przez dłuższą chwilę. 
-Wiesz, jest już późno. Powinienem się zbierać. Dobranoc. - Uśmiechnąłem się lekko i podniosłem się. Wziąłem wszystkie rzeczy i ruszyłem w stronę pokoju.

                                                                       ***


Tej nocy nikt do mnie nie przyszedł. Czekałem na niego do późnej godziny. Pomagały mi w tym słuchawki. W końcu zrezygnowałem. Sprzęt grający odłożyłem na szafeczkę nocną, ułożyłem poduszki wygodnie, położyłem się. Przymknąłem powieki i usnąłem.

                                                                       ***


Obudziły mnie promienie słońca przedzierające się przez zasłony. Leniwie zrzuciłem z siebie puchatą kołdrę i podniosłem się do pozycji siedzącej. Szybko powtórzyłem codzienną rutynę.
                                                                      
                                                                      ***

Gdy byłem w trakcie drogi do tygrysa to zadzwonił do mnie szef i powiedział, że mam przyjść na główny plac.
Gdy tam doszedłem zobaczyłem wszystkich pracowników. Nie wiedziałem po co tu się wszyscy zebrali, co się dzieje i w ogóle... 
Nareszcie wyszedł nasz szef i powiedział:
-Moi kochani! Panie i panowie! Mam dla was wszystkich wspaniałą nowinę! Nasz kochany tygrys pojedzie do rezerwatu w Indiach.- kontynuował. - Ten wspaniały człowiek - wskazał ręką na swojego towarzysza. - Pan Kushan zabierze naszego tygrysa.
Opadła mi szczęka. Nie wiedziałem co mam robić. Z jednej strony się cieszyłem, bo Jong wreszcie wróci do sowich, a zaś z drugiej strony nienawidziłem wszystkich którzy za tym pomysłem stoją. Odwróciłem się na pięcie i pobiegłem do tygrysa. Wparowałem do stodoły jak wicher i dobiegłem to tygrysa. Chwyciłem za klatkę i wyciągnąłem rękę do zwierzęcia by go pogłaskać. 
Do stodoły wszedł pan Kushan. Nie chciałem teraz nikogo widzieć, ale się nie odezwałem. 
-Ty pewnie jesteś Kibum?- Starszy mężczyzna znalazł się blisko mnie.
-Tak. - oderwałem rękę od tygrysiej sierści i spojrzałem w twarz mężczyźnie.
-Mam do pana interes. Chciał by pan z nami pojechać do Indii? - podniósł lekko brew i spojrzał mi w oczy.
-Tak, z miłą chęcią, ale mój budżet jest ograniczony... - spuściłem wzrok i oglądałem nasze buty. 
-Ależ wszystkie koszty zostaną pokryte przeze mnie. O nic proszę się nie martwić. Samolot jest załatwiony, tylko nie pańska zgoda. To jak?
-Tak, oczywiście, że pojadę, ale nie wiem czy mój szef się zgodzi.
-Zgodził się. Gdy zapytałem, czy mogę zabrać jakąś osobę od razu powiedział i o tobie. - Pan Kushan uśmiechnął się. 
-Tylko musiał bym pojechać do domu i zabrać więcej rzeczy...
-Nie ma problemu, zawiozę pana. - Skinąłem głową i ruszyłem po swoje rzeczy, które miałem ze sobą.

                                                               ***


Zapakowałem wszystko starannie do walizki i bez problemowo ją zapiąłem Moje rzeczy chyba się skurczyły... pomyślałem i wyszedłem z pomieszczenia trzaskając drzwiami. Pobiegłem po schodach. Walizkę trzymałem w ręce, aby się nie otwarła i nie wypadły mi rzeczy gdy będzie się ona obijać o schody. 
Wyszedłem na świeże powietrze i ruszyłem na parking. 
Wzrokiem szukałem pana Kushana. Znalazłem go w beżowym kabriolecie. Nie wierzyłem własnym oczom. Podszedłem bliżej, a pan Kushan wysiadł z samochodu, przejął ode mnie walizkę i wsadził ją do bagażnika. Zająłem miejsce i zapiąłem pas. Czekałem chwilę na pana Kushana. Po tym jak wsiadł za kierownicę, ruszyliśmy.
Na początku pytał mnie o drogę. Kiwał głową na znak, że rozumie. Później zamilkł.

                                                            ***

Wyciągnąłem klucze do mieszkania z kieszeni i otworzyłem drzwi. Nikogo nie było więc zaproponowałem panu Kushanowi by wszedł do środka. 
-Niech się pan rozgości. Napije się pan czegoś? - stanąłem w progu kuchni i spojrzałem na pana Kushana. 
-Nie, dziękuję.- odpowiedział cicho i usiadł na skórzanym fotelu.
Ja wyciągnąłem sobie z lodówki cole wiśniową i upiłem łyka. - Na pewno pan nic nie chce? 
-Na pewno, dziękuję za troskę. - uśmiechnął się i zaczął oglądać gazety które leżały na szklanym stoliku. 
-To ja pójdę się spakować.
-Dobrze.
Wziąłem walizkę pod rękę i ruszyłem po rzeczy.
 
                                                         *** 
Co zabrać? Co zabrać? Nie wiedziałem co mam zapakować. Stawiałem na wygodę, lecz trochę elegancji też nie zaszkodzi. Kurde! Raz się żyje! 
Spakowałem dżinsowe spodenki sięgające do kolana, i jeszcze jedne sięgające do połowy uda i  parę krótkich sportowych spodenek . Jak by się ochłodziło wziąłem także trzy pary pełnej długości dżinsów. 
Jeśli chodzi o bluzki to wziąłem parę flanelowych koszul, T-shirty i topy. 
Pan Kushan kazał mi wziąć jakieś wygodne obuwie, więc wziąłem dwie pary adidasów i dwie pary najzwyklejszych tenisówek Bo szkoda conversów... 
Zbiegłem po schodach do łazienki by wziąć kosmetyki i inne... Wszystko zapakowałem do kosmetyczki. Pobiegłem jeszcze na górę, by się przebrać. Pan Kushan mówił, że podróż będzie długa, więc ubrałem dżinsy i "dziurawymi" kolanami i luźny T-shirt i Air Maxy. 
Sprawdziłem czy na 100% mam wszystko i starannie zapiąłem walizkę. Chwyciłem za metalową rączkę i zbiegłem po schodach. 
-Jestem gotowy! - krzyknąłem i  podszedłem do pana Kushana. Ten wstał i spojrzał na mnie. 
-Na pewno ma pan wszystko?
-Na 100%! - wyszczerzyłem zęby. Oboje ruszyliśmy do samochodu. Walizka znów powędrowała do bagażnika, a ja na miejsce pasażera. 
-No to ruszajmy na lotnisko. - Pan Kushan zapiął pasy i odpalił silnik.  

                                                     *** 

Czekaliśmy chwilę na tygrysa, którego mają przywieść. Zajęło to tylko chwilę nim przyjechało duże Iveco. Podciągnęli pomarańczową plandekę w górę. Wyłoniła się klatka, a w niej tygrys. Do samochodu weszli trzej napakowani jak.... no sam nie wiem do czego ich porównać... wyglądali jak bokserzy ligi ciężkiej. 
Jeden z nich miał w ręce długi, stalowy łańcuch. Za to drugi miał bata. 
Otworzyli klatkę, przypięli łańcuch do kolczastej obroży tygrysa i próbowali go wyciągnąć na zewnątrz. Jong cierpiał. Wszystko było widać w jego błękitnych oczach. Spojrzałem na pana Kushana:
-Mogę? - zapytałem robiąc minę zbitego psa. On się jednak nie odezwał. Jedynie kiwnął głową.
Wyprostowałem się, wypiąłem tyłek do tyłu i ruszyłem przed siebie. 
Włożyłem lewą rękę do kieszeni i wymacałem coś co nie przypominało, ani mojego telefonu, ani nic innego. Wziąłem to w garść i... była to smycz. Ale nie byle jaka smycz. Należała ona do Jongusia. Wszedłem do auta, przepchnąłem się między 'bokserami', odpiąłem łańcuch i przypiąłem smycz. Wyszedłem z tygrysem przy sobie. Ludzie patrzyli na mnie jak na zaklinacza tygrysów. Trzymałem smycz luźno, więc mój towarzysz miał dużo swobody. 
Wprowadziłem go do samolotu. Tam także czekała na niego klatka. Ale o wiele większa. Odpiąłem smycz, a Jong usiadł przed moimi nogami i 'wiercił' mnie wzrokiem.
-Nie mój panie. Pan zostaje tutaj. - Jego włochaty pyszczek posmutniał. - Ale obiecuję, że przyniosę ci coś z kolacji. - Uśmiechnąłem się i pogłaskałem go po głowie. - I  może coś dzisiaj poczytam. Co powiesz na Romeo i Julia
JongHyun sapnął głośno i wszedł do klatki. Ja ją zamknąłem i powiedziałem:
-Uznaję to za TAK. - i opuściłem pomieszczenie.

                                            ***    
 Usiadłem na przeciwko pana Kushana. Kosmyki z jego głowy wystawały poza gazetę.