... Jednak nie były aż takie złe.
***
Gdy skończyłem, znów spojrzałem na tygrysa. Tym razem leżał na brzuchu. Łapy miał skrzyżowane pod głową, a oczami śledził każdy mój ruch. Podniosłem się i ruszyłem powolnym krokiem w stronę klatki. Wyciągnąłem rękę przed siebie i przecisnąłem ją między kratami. Dłoń położyłem na łbie tygrysa i podrapałem go za uchem. Jong przymrużył ślepia i zaczął mruczeć. Podobało mu się to więc kontynuowałem ruch. Gdy ręka zaczęła mnie boleć, wyciągnąłem ją z klatki i kucnąłem czy niej aby moja głowa była na wysokości Jong'a. Patrzyłem na jego włochatą głowę przez dłuższą chwilę.
-Wiesz, jest już późno. Powinienem się zbierać. Dobranoc. - Uśmiechnąłem się lekko i podniosłem się. Wziąłem wszystkie rzeczy i ruszyłem w stronę pokoju.
***
Tej nocy nikt do mnie nie przyszedł. Czekałem na niego do późnej godziny. Pomagały mi w tym słuchawki. W końcu zrezygnowałem. Sprzęt grający odłożyłem na szafeczkę nocną, ułożyłem poduszki wygodnie, położyłem się. Przymknąłem powieki i usnąłem.
***
Obudziły mnie promienie słońca przedzierające się przez zasłony. Leniwie zrzuciłem z siebie puchatą kołdrę i podniosłem się do pozycji siedzącej. Szybko powtórzyłem codzienną rutynę.
***
Gdy byłem w trakcie drogi do tygrysa to zadzwonił do mnie szef i powiedział, że mam przyjść na główny plac.
Gdy tam doszedłem zobaczyłem wszystkich pracowników. Nie wiedziałem po co tu się wszyscy zebrali, co się dzieje i w ogóle...
Nareszcie wyszedł nasz szef i powiedział:
-Moi kochani! Panie i panowie! Mam dla was wszystkich wspaniałą nowinę! Nasz kochany tygrys pojedzie do rezerwatu w Indiach.- kontynuował. - Ten wspaniały człowiek - wskazał ręką na swojego towarzysza. - Pan Kushan zabierze naszego tygrysa.
Opadła mi szczęka. Nie wiedziałem co mam robić. Z jednej strony się cieszyłem, bo Jong wreszcie wróci do sowich, a zaś z drugiej strony nienawidziłem wszystkich którzy za tym pomysłem stoją. Odwróciłem się na pięcie i pobiegłem do tygrysa. Wparowałem do stodoły jak wicher i dobiegłem to tygrysa. Chwyciłem za klatkę i wyciągnąłem rękę do zwierzęcia by go pogłaskać.
Do stodoły wszedł pan Kushan. Nie chciałem teraz nikogo widzieć, ale się nie odezwałem.
-Ty pewnie jesteś Kibum?- Starszy mężczyzna znalazł się blisko mnie.
-Tak. - oderwałem rękę od tygrysiej sierści i spojrzałem w twarz mężczyźnie.
-Mam do pana interes. Chciał by pan z nami pojechać do Indii? - podniósł lekko brew i spojrzał mi w oczy.
-Tak, z miłą chęcią, ale mój budżet jest ograniczony... - spuściłem wzrok i oglądałem nasze buty.
-Ależ wszystkie koszty zostaną pokryte przeze mnie. O nic proszę się nie martwić. Samolot jest załatwiony, tylko nie pańska zgoda. To jak?
-Tak, oczywiście, że pojadę, ale nie wiem czy mój szef się zgodzi.
-Zgodził się. Gdy zapytałem, czy mogę zabrać jakąś osobę od razu powiedział i o tobie. - Pan Kushan uśmiechnął się.
-Tylko musiał bym pojechać do domu i zabrać więcej rzeczy...
-Nie ma problemu, zawiozę pana. - Skinąłem głową i ruszyłem po swoje rzeczy, które miałem ze sobą.
***
Zapakowałem wszystko starannie do walizki i bez problemowo ją zapiąłem Moje rzeczy chyba się skurczyły... pomyślałem i wyszedłem z pomieszczenia trzaskając drzwiami. Pobiegłem po schodach. Walizkę trzymałem w ręce, aby się nie otwarła i nie wypadły mi rzeczy gdy będzie się ona obijać o schody.
Wyszedłem na świeże powietrze i ruszyłem na parking.
Wzrokiem szukałem pana Kushana. Znalazłem go w beżowym kabriolecie. Nie wierzyłem własnym oczom. Podszedłem bliżej, a pan Kushan wysiadł z samochodu, przejął ode mnie walizkę i wsadził ją do bagażnika. Zająłem miejsce i zapiąłem pas. Czekałem chwilę na pana Kushana. Po tym jak wsiadł za kierownicę, ruszyliśmy.
Na początku pytał mnie o drogę. Kiwał głową na znak, że rozumie. Później zamilkł.
***
Wyciągnąłem klucze do mieszkania z kieszeni i otworzyłem drzwi. Nikogo nie było więc zaproponowałem panu Kushanowi by wszedł do środka.
-Niech się pan rozgości. Napije się pan czegoś? - stanąłem w progu kuchni i spojrzałem na pana Kushana.
-Nie, dziękuję.- odpowiedział cicho i usiadł na skórzanym fotelu.
Ja wyciągnąłem sobie z lodówki cole wiśniową i upiłem łyka. - Na pewno pan nic nie chce?
-Na pewno, dziękuję za troskę. - uśmiechnął się i zaczął oglądać gazety które leżały na szklanym stoliku.
-To ja pójdę się spakować.
-Dobrze.
Wziąłem walizkę pod rękę i ruszyłem po rzeczy.
***
Co zabrać? Co zabrać? Nie wiedziałem co mam zapakować. Stawiałem na wygodę, lecz trochę elegancji też nie zaszkodzi. Kurde! Raz się żyje!
Spakowałem dżinsowe spodenki sięgające do kolana, i jeszcze jedne sięgające do połowy uda i parę krótkich sportowych spodenek . Jak by się ochłodziło wziąłem także trzy pary pełnej długości dżinsów.
Jeśli chodzi o bluzki to wziąłem parę flanelowych koszul, T-shirty i topy.
Pan Kushan kazał mi wziąć jakieś wygodne obuwie, więc wziąłem dwie pary adidasów i dwie pary najzwyklejszych tenisówek Bo szkoda conversów...
Zbiegłem po schodach do łazienki by wziąć kosmetyki i inne... Wszystko zapakowałem do kosmetyczki. Pobiegłem jeszcze na górę, by się przebrać. Pan Kushan mówił, że podróż będzie długa, więc ubrałem dżinsy i "dziurawymi" kolanami i luźny T-shirt i Air Maxy.
Sprawdziłem czy na 100% mam wszystko i starannie zapiąłem walizkę. Chwyciłem za metalową rączkę i zbiegłem po schodach.
-Jestem gotowy! - krzyknąłem i podszedłem do pana Kushana. Ten wstał i spojrzał na mnie.
-Na pewno ma pan wszystko?
-Na 100%! - wyszczerzyłem zęby. Oboje ruszyliśmy do samochodu. Walizka znów powędrowała do bagażnika, a ja na miejsce pasażera.
-No to ruszajmy na lotnisko. - Pan Kushan zapiął pasy i odpalił silnik.
***
Czekaliśmy chwilę na tygrysa, którego mają przywieść. Zajęło to tylko chwilę nim przyjechało duże Iveco. Podciągnęli pomarańczową plandekę w górę. Wyłoniła się klatka, a w niej tygrys. Do samochodu weszli trzej napakowani jak.... no sam nie wiem do czego ich porównać... wyglądali jak bokserzy ligi ciężkiej.
Jeden z nich miał w ręce długi, stalowy łańcuch. Za to drugi miał bata.
Otworzyli klatkę, przypięli łańcuch do kolczastej obroży tygrysa i próbowali go wyciągnąć na zewnątrz. Jong cierpiał. Wszystko było widać w jego błękitnych oczach. Spojrzałem na pana Kushana:
-Mogę? - zapytałem robiąc minę zbitego psa. On się jednak nie odezwał. Jedynie kiwnął głową.
Wyprostowałem się, wypiąłem tyłek do tyłu i ruszyłem przed siebie.
Włożyłem lewą rękę do kieszeni i wymacałem coś co nie przypominało, ani mojego telefonu, ani nic innego. Wziąłem to w garść i... była to smycz. Ale nie byle jaka smycz. Należała ona do Jongusia. Wszedłem do auta, przepchnąłem się między 'bokserami', odpiąłem łańcuch i przypiąłem smycz. Wyszedłem z tygrysem przy sobie. Ludzie patrzyli na mnie jak na zaklinacza tygrysów. Trzymałem smycz luźno, więc mój towarzysz miał dużo swobody.
Wprowadziłem go do samolotu. Tam także czekała na niego klatka. Ale o wiele większa. Odpiąłem smycz, a Jong usiadł przed moimi nogami i 'wiercił' mnie wzrokiem.
-Nie mój panie. Pan zostaje tutaj. - Jego włochaty pyszczek posmutniał. - Ale obiecuję, że przyniosę ci coś z kolacji. - Uśmiechnąłem się i pogłaskałem go po głowie. - I może coś dzisiaj poczytam. Co powiesz na Romeo i Julia?
JongHyun sapnął głośno i wszedł do klatki. Ja ją zamknąłem i powiedziałem:
-Uznaję to za TAK. - i opuściłem pomieszczenie.
***
Usiadłem na przeciwko pana Kushana. Kosmyki z jego głowy wystawały poza gazetę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz