Strony

niedziela, 1 marca 2015

Klątwa

Przyjmę najbardziej negatywne komentarze! Wiem, że łeb mi urwiecie. W ogóle nie wiem kiedy dokończę tam to opowiadanie. Jak zaczynałam tam to pisać to wena była. Już w tedy wiedziałam co będzie w następnym rozdziale ale.... cóż z racji tego, że jestem chora mój mózg mało pracuje. Postanowiłam napisać coś nowego. Dzięki książce którą pożyczyłam od koleżanki to mam jakieś tam pomysły. Tego opowiadania nikt mi nie sprawdzał. Błędy pewnie są. Już mówię, że to będzie JongKey ^^ 

________________________________________________________________________

Stałem na skraju przepaści. A dokładniej w kolejce po pracę. Stałem tam tylko dwie godziny, a czułem się jak bym tam był cały dzień. Po co tu są grzejniki skoro nie grzeją? Jest strasznie zimno. W ciepłej puchowej kurtce, różowej czapce i w czarnych nieprzemakających butach czekałem, aż starsza kobieta przed biurkiem zawoła mnie. W pewnym momencie chciałem odwrócić się o 180 stopni w wyjść. Co z tego, że czekałbym 30 minut na autobus, ale to już było lepsze niż stanie w zatłoczonym korytarzu.
-"Następny!!" - nareszcie moja kolej. Już myślałem, że się nie doczekam. Ruszyłem przed siebie mając parę dokumentów w prawej ręce i torbę zawieszoną na ramieniu jeszcze z innymi papierami. Otworzyłem wielkie drewniane drzwi i zobaczyłem nie wysoką kobietę. Miała ona na nosie okulary z bardzo grubymi szkłami co było widać z daleka. Położyłem na biurku to co miałem w ręce. Usiadłem na krześle. Gdy rozległo się skrzypienie, starsza kobieta podniosła wzrok i poprawiła okulary.
-Dzień Dobry - przywitałem się z uśmiechem na ustach.
-Dzień Dobry. - powiedziała nie uśmiechając się, ani nic. Jej twarz była jak by skamieniała. - Imię i nazwisko? - Zadała pytanie, które rozpoczęło wywiad.
-Kim Ki Bum
-Wiek?
-Siedemnaście, prawie osiemnaście. Za niedługo mam urodziny. - posłałem lekki uśmiech starszej pani.
-Dobrze... Imię i nazwisko rodziców? - Tego pytania obawiałem się najbardziej.
-Kim Eu Chan i Kim Shin, a opiekunowie to Sara i Matt Harris.
-Opiekunowie? - Wyprostowała plecy i popatrzyła się na mnie z niedowierzeniem.
-Tak. Moi rodzice... zginęli w wypadku samochodowym. - spuściłem głowę. Kobieta pisała coś przez dłuższy czas w jakiś dokumentach. Zaciekawiło mnie co tam bazgroli więc kontem oka spojrzałem na kartkę i ujrzałem jakieś ślaczki
-Lubi pan zwierzęta? - Zapytała jak bym nigdy nic nie powiedział o rodzicach.
-Hmmm... Tak, wiem jak je karmić - zaśmiałem się pod nosem ze swojego żartu. Na osobie siedzącej za biurkiem nie zrobiło to większego wrażenia. - Tak lubię.
Podała mi wizytówkę na której było napisane, że jakieś zoo które przyjechało poszukuje pracowników. Z racji tego, że poszukują osób na całą dobę dawali nocleg i pełne wyżywienie. Wziąłem wizytówkę do ręki. Była ona wykonana z chropowatej tektury w kolorze takim jak samochód strażacki. Odwróciłem małą karteczkę i zacząłem czytać jakie są tam wymagania czy coś, ale tam tego nie było. Jedyne co zauważyłem to napisane jakie tam są zwierzęta. Wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia - tygrysy, lwy... najniebezpieczniejsze koty na świecie. Sam jestem przezywany koteczkiem w domu, ale ja jestem kanapowcem. Żyje się raz! Wezmę tę pracę!
-Chce pan tę prace? - zapytała zniecierpliwiona już kobieta.
-A mam inne wyjście? Biorę. -  powiedziałem szybko i starsza pani dała mi wszystkie dokumenty i informacje o tym zoo i następnie zawołała "NASTĘPNY!!" Wstałem szybko, włożyłem rzeczy do torby i wyszedłem. Z nogi na nogę przemieszczałem się w stronę małego, zielonego kiosku gdzie mogłem kupić bilet na autobus. Nie był on daleko więc dojście nie zajęło mi dużo czasu. Doszedłem do budki gdzie wykonałem zakup. Pożegnałem się i odszedłem. Na pięcie odwróciłem się w lewo i podszedłem do szklanego schronienia z żółto-brązowym dachem by sprawdzić rozkład jazdy. Okazało się, że muszę czekać 30 minut. Otworzyłem torbę i wyciągnąłem słuchawki. Podłączyłem je do telefony i słuchałem ulubionej muzyki. Czas zleciał szybko. Autobus przyjechał przed czasem chyba 15 lub 20 minut. Wszedłem do pojazdu, skasowałem małą karteczkę i skierowałem się do samego tyłu. Usiadłem na plastikowym siedzeniu, wyciągnąłem komórkę i poszukałem w niej jakiejś szybkiej muzyki. Gdy uświadomiłem sobie, że leci ona za cicho zacząłem stopniowo pogłaśniać. Przejechałem osiem przystanków i wysiadłem i powoli dreptałem w stronę domu. Nie był on daleko.  Tylko jedną ulicę dalej. Moje mieszkanie nie było ani małe, ani duże. Było w sam raz. Ściany z zewnątrz były koloru groszkowo-cytrynowego. Dach był pokryty ciemnobordowymi dachówkami. Nasz dom otacza duży ogród, po którym biegają cały dzień psy. Tak jak się spodziewałem one pierwsze mnie przywitały. Otworzyłem drzwi od furtki i od razu nasze dwa pieski - Dakar i Diago - przywitały mnie. Skakały po mnie, machały ogonem, gdy kucnąłem zaczęły mnie lizać po twarzy co było ohydne. Skierowałem się w stronę drewnianych drzwi frontowych. Gdy je otworzyłem dobiegł do mnie zapach ciastek czekoladowych. Z prędkością światła zdjąłem buty i kurtkę i popędziłem w stronę kuchni. Sara upiekła je bo wiedziała, że dobrze mi pójdzie w sprawie o prace. Wziąłem jedno do ręki i ruszyłem do swojego pokoju który znajdował się na drugim piętrze. Mój pokój był koloru jasno niebieskiego, prawie przechodził w błękit. sufit natomiast był śnieżno-biały. Garderobę zażyczyłem sobie różową taką więc też mam. Wiem, że to mało męski kolor, ale mi się podoba. Usiadłem na miękkim fotelu obrotowym i przysunąłem się do biurka. Wyciągnąłem wszystkie papiery z torby. Jedyne co mnie interesowało to to na którą godzinę mam się stawić w nowej pracy. Jednak gdy zobaczyłem godzinę myślałem, że lepiej było żyć w nie wiedzy. Mam stawić się o 6:00. 
                                                                                                             Następny rozdział
________________________________________________________________________

Ciąg dalszy nastąpi.

Mam nadzieję, że się podobało. Pokornie proszę o komentarze. Ja to już spoleruję, że w następnym rozdziale będzie się więcej dziać. Pojawi się JongHyun, ale nie powiem w jakiej wersji. Mam nadzieję, że będziecie mnie wspierać duchowo i dawać jakiegoś kopa w tyłek żebym zabrała się do roboty. 


2 komentarze:

  1. "Wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia - tygrysy, lwy... najniebezpieczniejsze koty na świecie. Sam jestem przezywany koteczkiem w domu, ale ja jestem kanapowcem." - rozwaliłaś mnie tym xd. Key też jest niebezpiecznym kotem!
    Co do opka to brakowało mi dialogu po tym jak Kibum wrócił do domu, ale ogólnie fajne! I tak dla lepszej motywacji *kopie cię w tyłek*. Sama sobie tego życzyłaś ^-^

    OdpowiedzUsuń