Przyjmę najbardziej negatywne komentarze! Wiem, że łeb mi
urwiecie. W ogóle nie wiem kiedy dokończę tam to opowiadanie. Jak zaczynałam
tam to pisać to wena była. Już w tedy wiedziałam co będzie w następnym rozdziale
ale.... cóż z racji tego, że jestem chora mój mózg mało pracuje. Postanowiłam
napisać coś nowego. Dzięki książce którą pożyczyłam od koleżanki to mam jakieś
tam pomysły. Tego opowiadania nikt mi nie sprawdzał. Błędy pewnie są. Już
mówię, że to będzie JongKey ^^
________________________________________________________________________
Stałem na skraju przepaści. A dokładniej w
kolejce po pracę. Stałem tam tylko dwie godziny, a czułem się jak bym tam był
cały dzień. Po co tu są grzejniki skoro nie grzeją? Jest strasznie zimno. W
ciepłej puchowej kurtce, różowej czapce i w czarnych nieprzemakających butach
czekałem, aż starsza kobieta przed biurkiem zawoła mnie. W pewnym momencie
chciałem odwrócić się o 180 stopni w wyjść. Co z tego, że czekałbym 30 minut na
autobus, ale to już było lepsze niż stanie w zatłoczonym korytarzu.
-"Następny!!" - nareszcie moja
kolej. Już myślałem, że się nie doczekam. Ruszyłem przed siebie mając parę
dokumentów w prawej ręce i torbę zawieszoną na ramieniu jeszcze z innymi
papierami. Otworzyłem wielkie drewniane drzwi i zobaczyłem nie wysoką kobietę.
Miała ona na nosie okulary z bardzo grubymi szkłami co było widać z daleka.
Położyłem na biurku to co miałem w ręce. Usiadłem na krześle. Gdy rozległo się
skrzypienie, starsza kobieta podniosła wzrok i poprawiła okulary.
-Dzień Dobry - przywitałem się z uśmiechem
na ustach.
-Dzień Dobry. - powiedziała nie
uśmiechając się, ani nic. Jej twarz była jak by skamieniała. - Imię i nazwisko?
- Zadała pytanie, które rozpoczęło wywiad.
-Kim Ki Bum
-Wiek?
-Siedemnaście, prawie osiemnaście. Za
niedługo mam urodziny. - posłałem lekki uśmiech starszej pani.
-Dobrze... Imię i nazwisko rodziców? -
Tego pytania obawiałem się najbardziej.
-Kim Eu Chan i Kim Shin, a opiekunowie to
Sara i Matt Harris.
-Opiekunowie? - Wyprostowała plecy i
popatrzyła się na mnie z niedowierzeniem.
-Tak. Moi rodzice... zginęli w wypadku
samochodowym. - spuściłem głowę. Kobieta pisała coś przez dłuższy czas w jakiś dokumentach.
Zaciekawiło mnie co tam bazgroli więc kontem oka spojrzałem na kartkę i
ujrzałem jakieś ślaczki
-Lubi pan zwierzęta? - Zapytała jak bym
nigdy nic nie powiedział o rodzicach.
-Hmmm... Tak, wiem jak je karmić -
zaśmiałem się pod nosem ze swojego żartu. Na osobie siedzącej za biurkiem nie
zrobiło to większego wrażenia. - Tak lubię.
Podała mi wizytówkę na której było
napisane, że jakieś zoo które przyjechało poszukuje pracowników. Z racji tego,
że poszukują osób na całą dobę dawali nocleg i pełne wyżywienie. Wziąłem
wizytówkę do ręki. Była ona wykonana z chropowatej tektury w kolorze takim jak
samochód strażacki. Odwróciłem małą karteczkę i zacząłem czytać jakie są tam
wymagania czy coś, ale tam tego nie było. Jedyne co zauważyłem to napisane
jakie tam są zwierzęta. Wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia - tygrysy, lwy... najniebezpieczniejsze
koty na świecie. Sam jestem przezywany koteczkiem w domu, ale ja jestem
kanapowcem. Żyje się raz! Wezmę tę pracę!
-Chce pan tę prace? - zapytała
zniecierpliwiona już kobieta.
-A mam inne wyjście? Biorę. -
powiedziałem szybko i starsza pani dała mi wszystkie dokumenty i
informacje o tym zoo i następnie zawołała "NASTĘPNY!!" Wstałem
szybko, włożyłem rzeczy do torby i wyszedłem. Z nogi na nogę przemieszczałem
się w stronę małego, zielonego kiosku gdzie mogłem kupić bilet na autobus. Nie
był on daleko więc dojście nie zajęło mi dużo czasu. Doszedłem do budki gdzie
wykonałem zakup. Pożegnałem się i odszedłem. Na pięcie odwróciłem się w lewo i
podszedłem do szklanego schronienia z żółto-brązowym dachem by sprawdzić
rozkład jazdy. Okazało się, że muszę czekać 30 minut. Otworzyłem torbę i
wyciągnąłem słuchawki. Podłączyłem je do telefony i słuchałem ulubionej muzyki.
Czas zleciał szybko. Autobus przyjechał przed czasem chyba 15 lub 20 minut.
Wszedłem do pojazdu, skasowałem małą karteczkę i skierowałem się do samego
tyłu. Usiadłem na plastikowym siedzeniu, wyciągnąłem komórkę i poszukałem w
niej jakiejś szybkiej muzyki. Gdy uświadomiłem sobie, że leci ona za cicho
zacząłem stopniowo pogłaśniać. Przejechałem osiem przystanków i wysiadłem i
powoli dreptałem w stronę domu. Nie był on daleko. Tylko jedną ulicę dalej.
Moje mieszkanie nie było ani małe, ani duże. Było w sam raz. Ściany z zewnątrz
były koloru groszkowo-cytrynowego. Dach był pokryty ciemnobordowymi dachówkami.
Nasz dom otacza duży ogród, po którym biegają cały dzień psy. Tak jak się
spodziewałem one pierwsze mnie przywitały. Otworzyłem drzwi od furtki i od razu
nasze dwa pieski - Dakar i Diago - przywitały mnie. Skakały po mnie, machały
ogonem, gdy kucnąłem zaczęły mnie lizać po twarzy co było ohydne. Skierowałem
się w stronę drewnianych drzwi frontowych. Gdy je otworzyłem dobiegł do mnie zapach
ciastek czekoladowych. Z prędkością światła zdjąłem buty i kurtkę i popędziłem
w stronę kuchni. Sara upiekła je bo wiedziała, że dobrze mi pójdzie w sprawie o
prace. Wziąłem jedno do ręki i ruszyłem do swojego pokoju który znajdował się
na drugim piętrze. Mój pokój był koloru jasno niebieskiego, prawie przechodził
w błękit. sufit natomiast był śnieżno-biały. Garderobę zażyczyłem sobie różową
taką więc też mam. Wiem, że to mało męski kolor, ale mi się podoba. Usiadłem na
miękkim fotelu obrotowym i przysunąłem się do biurka. Wyciągnąłem wszystkie
papiery z torby. Jedyne co mnie interesowało to to na którą godzinę mam się
stawić w nowej pracy. Jednak gdy zobaczyłem godzinę myślałem, że lepiej było
żyć w nie wiedzy. Mam stawić się o 6:00.
Następny rozdział
Następny rozdział
________________________________________________________________________
Ciąg dalszy nastąpi.
Mam nadzieję, że się podobało. Pokornie
proszę o komentarze. Ja to już spoleruję, że w następnym rozdziale będzie się
więcej dziać. Pojawi się JongHyun, ale nie powiem w jakiej wersji. Mam
nadzieję, że będziecie mnie wspierać duchowo i dawać jakiegoś kopa w tyłek
żebym zabrała się do roboty.
"Wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia - tygrysy, lwy... najniebezpieczniejsze koty na świecie. Sam jestem przezywany koteczkiem w domu, ale ja jestem kanapowcem." - rozwaliłaś mnie tym xd. Key też jest niebezpiecznym kotem!
OdpowiedzUsuńCo do opka to brakowało mi dialogu po tym jak Kibum wrócił do domu, ale ogólnie fajne! I tak dla lepszej motywacji *kopie cię w tyłek*. Sama sobie tego życzyłaś ^-^
Dziękuję ^-^
Usuń